Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"13 Eerie" (2013) czyli nawet Zombie potrzebują sensu!

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

13eerie

Reżyseria: Lowell Dean

Scenariusz: Christian Pierse Betley

Kraj: Kanada

Czas trwania: 87 minut

Szóstka studentów kryminologii pod opieką profesora Tomkinsa (Michael Shanks), udaje się w celach naukowych na odległą i opuszczoną wyspę. Ta ekspedycja ma wyłonić zwycięzcę czyli przyszłego stażystę w FBI. Kiedy przybywają na miejsce okazuje się, że na wyspie prowadzono dawniej nielegalne badania nad skazańcami, którzy zostali następnie pozostawieni na pewną śmierć...

Pozwoliłem sobie wykorzystać własny podtytuł użyty przy okazji "Warm Bodies"  w jednym celu. Chciałem pokazać, że choć stworzona przez Jonathana Levina opowieść o Zombie, który się zakochał nie jest może jakimś arcydziełem to jednak w porównaniu z obrazem, który dziś przyszło mi oglądać (widzicie jak się dla was poświęcam ?) wygląda jak słoń przy mrówce. I mówię tak nawet pomimo tego, że ogólnie rzecz biorąc lubię taką tematykę jak apokalipsa nieumarłych. Jednak nie będę ukrywał.  Głównym powodem, dla którego zdecydowałem się sięgnąć po debiutanckie dzieło kanadyjskiego reżysera Lowella Deana (I chyba jedynym, bo sądząc po poziomie zaprezentowanym przez ten obraz nie spodziewam się bym jeszcze kiedyś miał okazję natknąć się na jakikolwiek wyrób sygnowany tym nazwiskiem) był udział  Katherine Isabelle, która od pewnego czasu (Konkretnie od kapitalnej kreacji w omawianym tu nie tak dawno temu "American Mary". Filmie, który zyskuje na wartości z każdym seansem i dziś oceniłbym go trochę wyżej niż w podlinkowanej recenzji) należy do grona moich ulubionych aktorek. Stworzonymi przez siebie rolami (we, wspomnianym przed chwilą, dziele sióstr Soska jak również w "Ginger Snaps) dowiodła ona bowiem, że jest utalentowana i charyzmatyczna ale przede wszystkim, iż potrafi stworzyć ciekawą i wieloaspektową rolę nawet wtedy gdy scenariusz nie daje jej wielkiego pola manewru.

I choć trzeba powiedzieć, że Isabelle  radzi tu sobie co najmniej poprawnie i nie jest to występ, którego,  w przeciwieństwie do pozostałych członków obsady,  powinna się specjalnie wstydzić,  to jednak  nawet ona nie jest w stanie uratować tej produkcji czy sprawić by była choć trochę mniej schematyczna, mniej przewidywalna,  ciekawsza i bardziej zjadliwa. Ba! Jestem przekonany, że tego projektu nie byłoby w stanie uratować nawet całkowite wymienienie obsady na taką złożoną z największych nazwisk na rynku pokroju Michaela Fassbendera czy Rooney Mary (Tak swoją drogą to ciekawe kto oglądając "Koszmar z ulicy Wiązów" mógł przypuszczać, że tak się dziewczyna aktorsko rozwinie). Tu przydałaby się  całkowita wymiana scenariusza. Nawet najlepsza obsada  nic bowiem nie zdziała w sytuacji kiedy, twórcom brakuje talentu. Gdy reżyser nie ma wystarczającego poziomu umiejętności by, tak jak to robi chociażby Ti West, wykorzystując prastare motywy w rodzaju Zombie stworzyć nową, w miarę oryginalną i satysfakcjonującą widza jakość.

Zdecydowanie nie pomaga także to, iż  charakteryzacja nieumarłych, która w zamierzeniu miała pewnie wywoływać szok i przerażenie, przypomina raczej rozwiązania zastosowane w nieszczęsnym "Zaciemnieniu".  Finalny efekt  nie powinien bowiem sprawiać,  że widz nie może przestać się śmiać ilekroć antagoniści ukażą się na ekranie w pełnej krasie (czyli dość często). Panowie! Jedna uwaga! . Jeżeli nie robicie parodii kina grozy tylko śmiertelnie poważny horror (A chyba, sądząc po ogólnej tonacji tej produkcji, taki był wasz cel) to informuję, że powinniście pomyśleć czy rzeczywiście gumowe maski zakupione w sklepie ze śmiesznymi rzeczami są najmądrzejszym pomysłem. To naprawdę nie są bowiem lata siedemdziesiąte, w których podobne rzeczy były szczytem możliwości specjalistów od charakteryzacji.  Dziś nawet przy produkcjach niskobudżetowych spotyka się lepsze efekty,  czego dowodem może być chociażby polska "Wataha", która może kuleje pod względem fabuły, czy gry aktorskiej to jednak Zombiaki ma naprawdę dobrze wykonane.

Nie chcę nikomu zabierać roboty ale gdyby twórcy rzeczywiście nie mieli technicznych środków by wykonać zadowalających nieumarłych to można było w  prosty sposób sprawić   by nikt nie zwrócić uwagi na takie drobiazgi.  Wystarczyło bowiem jak najdłużej trzymać potwory w cieniu i bazować na domysłach.  Tu natomiast postawiono na dosłowność i gremialna większość scen dzieje się  przy pełnej widoczności i w świetle dnia. (Tak wiem! Możecie mi wytknąć, że przecież Christopher Nolan stworzył w swoim czasie trzymającą w napięciu "Bezsenność", której akcja dzieje się przecież w czasie dnia polarnego. Zgoda! Tylko zwróccie uwagę na fakt, że Nolan miał do dyspozycji znacznie lepszych aktorów, ale przede wszystkim na to, iż tych twórców dzieli niewyobrażalna różnica w skali talentu).  Nie wiem jaki był tego cel ale najwyraźniej nie udało się go zrealizować.

Nie da się bowiem ukryć, że "13 Eerie", jeśli nie liczyć kilku przyzwoicie wykonanych efektów praktycznych oraz pożądnej muzyką stworzonej przez Igora Vrabaca i Kena Wortha, jest przerażająco nudnym, kompletnie nie angażującym  i monotonnym dziełem ( czy raczej bardziej adekwatnym byłoby napisać zlepkiem obrazów bo fabuła jest cienka jak makaron z "Biedronki"), które na dodatek powiela wszystkie błędy podobnych gatunkowo tytułów. Pogódźmy się zatem, że  wolne wzięły sobie  elementy, z których powinien składać się dobry horror. Pożegnajmy się  z mrocznym klimatem. Pożegnajmy z bohaterami wykazującymi choć skrawki logicznego myślenia i charakteru (Nie jest to takie trudne. Większość z nich stanowi jedną nierozpoznawalną masę drzewną przeznaczoną wyłącznie jako mięso armatnie). Powitajmy za to brak związku przyczynowo- skutkowego pomiędzy wydarzeniami na ekranie.  Powitajmy źle zsynchronizowany z obrazem dźwięk, który brzmi jak zgrywany przez osobę głuchoniemą na kalkulatorze (Właściwie wielkim osiągnięciem jest tutaj coś usłyszeć).

Podsumowując. Może wam się wydawać, że za bardzo się czepiam. Ba! Po przeczytaniu mojej litanii zarzutów możecie dojść "13 Eerie" to  dobry pomysł na relaksujący seans.  Że to jedna z tych produkcji z gatunku "Tak złe, że aż dobre". Niestety muszę was rozczarować. Nawet pod tym względem dzieło kanadyjskiego reżysera jest kompletną stratą czasu.  I choć 2013 jeszcze się nie skończył i jeszcze wiele filmów przed nami to już mogę powiedzieć, że obok "Góry Śmierci"  stanowi on  bezwątpienia najpoważniejszego  kandydata do tytułu "najgorszej produkcji roku"

OCENA: 3/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci