Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Martwe Zło" {Evil Dead} (2013) czyli witajcie w rzeźni!

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

mz

Biorąc pod uwagę, że ostatnimi czasy niemal w każdym wpisie zadręczałem was opowieści o tym jak bardzo czekam na ten film chyba nie możecie się dziwić, że pobiegłem do kina już w dniu premiery. Wiem, że po takim wyznaniu spodziewacie się pewnie entuzjastycznej laurki ku czci Fede Alvareza jako twórcy najlepszej produkcji roku. Pozwólcie jednak, że jeszcze chwilę potrzymam was w niepewności. Ponieważ trudno jest mi tak "na gorąco" wystawić ocenę adekwatną do poziomu tego co widziałem (Z powodów, o których pozwolę sobie wspomnieć w dalszej części tego tekstu) chcę bowiem wspomnieć na początek o tym aspekcie, którego przed seansem byłem całkowicie pewny. Chodzi mi tu mianowicie o ogólny wydźwięk mainstremowych recenzji.

Nie oszukujmy się bowiem. Żyjemy w purytańskim, kontestatorskim społeczeństwie niechętnym, jak dowodzi powszechny niezbyt przychylny odbiór świetnego i łamiącego schematy kina grozy "Cabin in the Woods". W kraju, który do tej pory nie doczekał się własnego, rasowego horroru. Można zatem było ze stuprocentową pewnością przewidzieć,  naszym krytykom filmowym, zakochanym w Zanussim, Bergmanie i pretensjonalnym aż do porzygania nie przypadnie do gustu tak intensywne, krwawe i brutalne kino,(jakie obiecywały wszelkie materiału promocyjne) przeznaczone dla specyficznego widza, którego nie brzydzą tryskające z ekranu raz po raz wydzieliny ustrojowe. Że za punkt honoru postawią sobie oni udowodnienie swej wyższości nad "plebsem" poprzez całkowite zdyskredytowanie tej produkcji, zmiecenie go z powierzchni ziemi bez oglądania (tak jak pewne środowiska usiłowały ostatnio zrobić ze świetnym "Pokłosiem"), uznanie go za "chory festiwal obrzydliwości", napiętnowanie jego infantylizmu i braku głębokiej treści oraz potępienie reżysera za hołdowanie najniższym instyktom oraz gloryfikowanie przemocy. No coż! każdy ma swojego konika!

Wróćmy zatem do właściwego tematu. Może to wynik tego, że po wspomnianym tu już "Domu w głębi lasu" (który sobie ostatnio tak na marginesie, odświeżyłem) trudno jest takie historie traktować śmiertelnie poważnie, ale muszę powiedzieć, że chyba zbyt wiele się po tym dziele spodziewałem i mimo wszystko spotkało mnie lekkie rozczarowanie. Bo choć przyznaję, że w ogólnym rozrachunku "Evil Dead" mi się podobało, jest bardzo dobrze zrobione szczególnie od strony wizualnej (Dawno bowiem nie widziałem w horrorze tak kapitalnie sfotografowanych i niebywale klimatycznych krajobrazów oraz niezwykle plastycznych  efektów gore), wciąga i stanowi w mojej ocenie jeden z najlepszych remaków ostatnich lat, ustępujący chyba tylko "Nieproszonym Gościom" to jednak ma się wrażenie nie do końca wykorzystanego potencjału.

I nawet nie chodzi mi tu o powielane przez twórców schematy w rodzaju straszenia nagle pojawiającą się postacią w lustrze szafki łazienkowej (I tak należy być wdzięcznym, że scenarzyści darowali nam wątek z imprezowaniem, zastępując go leczeniem uzależnienia) czy fakt, iż (może poza odgrywaną przez Jane Levy Mią narkomanką) nie dostaliśmy charyzmatycznych bohaterów pokroju Asha z oryginalnej serii, za którymi chcielibyśmy trzymać kciuki i których losem moglibyśmy się choć trochę przejmować zamiast po prostu wzruszać ramionami na widok doświadczanych przez nich okropieństw (To nie jest "Oddział 731", w którym fabuła i przekaz uniewinniają brak ciekawych postaci). Mimo braku tych aspektów dałoby się bowiem żyć. Głównym mankamentem jest fakt, że jak na produkt reklamowany hasłem "Nie było jeszcze tak przerażającego filmu" wizja serwowana przez twórców zadziwiająco asekurancka i nie miałem poczucia obcowania z dziełem totalnym, zapadającym w pamięć, nieprzewidywalnym, kontrowersyjnym, ekstremalnym i szokującym jakie towarzyszyło mi choćby przy okazji "Serbskiego Filmu" czy szalonego, bezkompromisowego i cudownie poschizowanego "Domu Tysiąca Trupów".

Podsumowując. Myślę, że każdy fan horroru od chwili usłyszenia pierwszych wzmianek o planowanym liftingu klasycznego już dziś "Martwego Zła" miał poważne wątpliwości odnośnie sensu takiej operacji. Czy debiutanckiemu filmowi urugwajskiego reżysera, który angaż do tego projektu dostał po stworzeniu świetnej, niskobudżetowej krótkometrażówki o ataku gigantycznych robotów na Montevideo, udało się je rozwiać. Moim zdaniem nie do końca. Bo choć nie żałuję czasu spędzonego w kinie i pewnie jeszcze kiedyś do tego dzieła powrócę,  jednak szczerze wątpię by był to obraz, który przejdzie do historii gatunku, tak jak się to zdarzyło z oryginałem.

OCENA: 8/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci