Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Mordercza opona" {Rubber} (2010) Znaczenie jest bez znaczenia albo postmoderna w najczystszej postaci

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

MO

Reżyseria: Quentin Dupieux

Scenariusz: Quentin Dupieux

Kraj: Francja,  Angola

Gatunek: Dramat, Horror, Komedia

Czas trwania: 85 minut

Wreszcie, po perturbacjach teatralno (czyli związanych z czwartkową „premierą” naszej, wzmiankowanej tu już nie raz, krótkiej etiudy „Nikt”. Występu, który tak swoją drogą można, mimo kilku drobnych mankamentów, określić jako całkiem udany) – technicznych mogę spokojnie wrócić do normy i w miarę regularnego umieszczania wpisów na blogu. A co może być lepsze na taką okazję niż film o morderczej oponie? Produkcja, która przejawia całą masę autodystansu i sama siebie nie traktuje zbyt poważnie?

Do tej pory myślałem, że po kontakcie z wytworami zwichrowanej japońskiej kreatywności w rodzaju „Tokyo Gore Police” już żadna dawka ekranowej dziwności nie będzie w stanie mnie zaskoczyć. No cóż! Wyreżyserowany przez Quentina Dupieux film, do którego obejrzenia wreszcie, po bardzo długich przymiarkach się zabrałem, dowiódł, że byłem w błędzie tak długo odwlekając seans

Nie wiem. Może to wynik tego, iż jestem nieskrywanym wielbicielem cudownie purnonsensowych w swym klimacie skeczy „Latającego Cyrku Monthy Pythona” ale nie będę ukrywał. Będący czystą postmoderną przeznaczoną niewątpliwie dla miłośników specyficznego kina „Rubber”, ze swą kompletną nieprzewidywalnością, absurdem i groteskową formą bardzo przypadł mi do gustu. Ba! Odważę się nawet powiedzieć, iż się w nim zakochałem. Ten obraz, który sam siebie nazywa hołdem dla „bez powodu” (pod którym to pojęciem ukrywają się tak ważkie zagadnienia jak pytanie o to dlaczego E.T. w filmie Stevena Spielberga był brązowy?), i któremu nie można odmówić sporej dawki pomysłowości, dużego talentu (dowodzącego, że każdy filmowiec o imieniu Quentin jest artystą, którego dokonania warto pilnie śledzić), urzekającej atmosfery,  świetnej kreacji aktorskiej Stephena Spinelli, chyba najdziwniejszego antagonisty jakiego widziałem w życiu oraz rewelacyjnego wykonania stanowi bowiem w mojej ocenie jedną wielką postmodernistyczną zgrywę z widzów (czego zresztą twórcy specjalnie nie ukrywają i informują nas o tym niemal otwartym tekstem stosując kapitalny zabieg z „burzeniem czwartej ściany”). Uważam zatem, że nie ma zatem najmniejszego sensu w doszukiwaniu się tu drugiego czy trzeciego dna, ukrytych znaczeń oraz przesadnie długiego zastanawiania się na tym co właściwie autor chciał nam przekazać. Dodam też, że nie wolno traktować tego wszystkiego zbyt poważnie. Należy po prostu pogodzić się z tym, że wydarzenia na ekranie niczym tytułowa opona toczą się swoim rytmem, wyłączyć myślenie i pozwolić dać się uwieść tej pozycji jak najpiękniejszej dziewczynie (Muszę popracować nad jakimiś nowymi porównaniami bo czuję, że zaczynam się powtarzać). Zapewniam, że kto tak postąpi absolutnie nie będzie żałować.

Podsumowując. Za pewne większości widzów „Opona” nie przypadnie do gustu. Nie oszukujmy się bowiem. Kino jak to, które w tym wypadku przedstawił nam reżyser, jest dość hermetyczne i po prostu trzeba lubić takie klimaty by czerpać przyjemność z seansu. Inaczej uzna się, że nie ma ono za grosz logiki (zgodnie z prawdą zresztą) i po prostu wyłączy się odbiornik narzekając z jak beznadziejną produkcją mieliśmy do czynienia. Wiem o tym bo wystarczy przypomnieć sobie choćby moją reakcję na taką np. „Śmiertelną Wyliczankę” by przekonać się o tym, że nawet mnie zdarzyło się tak postąpić. Jednak w tym wypadku mogę tylko powtórzyć to co pisałem w jednym z poprzednich akapitów i napisać, że zakochałem się w tym filmie, który w mojej ocenie jest niewątpliwie jednym z najlepszych tytułów jakie widziałem w ostatnim czasie.

OCENA

9/10



© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci