Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Stygmaty" {Stigmata} (1999) czyli jak zwykle rozpisałem się niekoniecznie na temat

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Sty

Tak jak trafiają się produkcje, które (jak "Igrzyska Śmierci") nie prezentują sobą żadnych walorów a z jakiegoś dziwnego i niewytłumaczalnego powodu są hołubione i gloryfikowane niebiosa tak, dla równowagi istnieją obrazy, które (tak jak to miało miejsce w przypadku omawianegu tu wczoraj "Zabójczego Ciała" czy opisywanego kilka dni wcześniej "Intruza") są  przez szeroką widownię odrzucane z powodu absolutnie nie merytorycznych aspektów takich jak chociażby masowa antypatia do jednego z grających w nich aktorów/aktorek albo (vide casus "Big Love") swoista moda na chrześcijańskie "dokopanie" bliźniemu. Pewnie zastanawiacie się teraz do jakiej kategorii zaliczyć dzieło Ruperta Wainwrighta, twórcy który tak swoją drogą "uraczył" nas wcześniej beznadziejnym i kompletnie bezpłciowym remakiem "Mgły" {The Fog} więc nie spodziewam się po nim wzniesienia się na wyżyny sztuki? No cóż! Odpowiedź na to pytanie jest prosta jak drut. Niby jak mogę bowiem zakwalifikować film, który z niezrozumiałych dla mnie przyczyn powszechnie uznany został przez moich współwyznawców za nieomal bluźnierczy i o którym można powiedzieć, że na współczesnym odpowiedniku "Indeksu Ksiąg Zakazanych" zająłby wysokie miejsce?

Żebyśmy się dobrze zrozumieli. To nie jest tak, że bronię "Stygmatów" aby zrobić na przekór Watykanowi. Po prostu uważam się za osobę religijną, która z jednej strony rozumie, że pewnym zjawiskom należy się sprzeciwiać (Jednak należy to robić z umiarem. Doszukiwanie się bowiem wszędzie, nawet w świetnej "Dogmie", muzyce rockowej czy występach grup kabaretowych wyłącznie działalności Złego oraz treści wymierzonych w Kościół Katolicki, jest nie tylko głupie ale przede wszystkim lekko absurdalne. Nie dość bowiem, że jak na mój gust wiara, którą da się podważyć słowem skeczu kabaretowego nie jest chyba najmocniejszą wiarą to na dodatek póki co nikt nikogo, przynajmniej jak na razie nie zmusza do oglądania rzeczy, które się nam nie podobają i zawsze możemy wyłączyć telewizor czy wyjść z kina. Czyli jednym słowem posłuchać przesłania płynącego ze świetnego "Funny Games") Z drugiej jednak strony zdaję sobię sprawę, że twórcy filmowi świetnie wykorzystując nasz brak dystansu do pewnych spraw, czasami celowo prowokują oraz wywołują kontrowersję by za darmo rozreklamować swoje dzieło marnej jakości, które w przeciwnym wypadku szybko popadło by w zapomnienie (Nie wiem czy organizatorzy akcji przeciwko takiemu dajmy na to "Pokłosiu" (które mi akurat się podobało) zauważyli, że mimowolnie stali się jego propagatorami. Wszak to dzięki ich szeroko nagłośnionej przez media akcji część osób w ogóle usłyszało o istnieniu takiego tytułu. Ba! Nie wspominam nawet o tym jak duży procent z nich mógł, choć wcale nie miał pierwotnie takiego zamiaru, podjąć decyzję o jego obejrzeniu w celu wyrobienia sobie własnego zdania i przekonania się o co ta cała awantura. Wiem, że takie sytuacje miały miejsce bo piszący te słowa jest idealnym przykładem).

Niezależnie jednak od wyznawanych wartości moja artystyczna dusza kinomaniaka nie pozwala mi milczeć kiedy niesprawiedliwie ocenia się tak dobre, niegłupie, wciągające i intrygujące dzieło opowiadające historię Frankie- młodej, niewierzącej w Boga dziewczyny, która pewnego dnia zaczyna doświadczać zjawisk nie dających się logicznie wytłumaczyć  a na jej ciele pojawiają się stygmaty. Muszę więc wyrazić co czuję kiedy marginalizuje się wzorcową wręcz grę aktorską w wykonaniu kapitalnej Patricii Arquette i świetnego jak zawsze Gabriela Byrne'a. Nie mogę milczeć kiedy deprecjonuje się niesamowicie mroczny i duszny klimat (Zwróccie uwagę na to, że podobnie jak w "Siedem' nie ma tu praktycznie żadnej sceny kręconej w słoneczny dzień. Wydarzenia dzieją się tu albo nocą albo przy cały czas padającym deszczu) naszpikowany taką dawką symbolizmu jakby ktoś usiłował powtórzyć atmosferę wykreowaną przez Nicolasa Roega w "Nie oglądaj się teraz". Nie mogę milczeć kiedy nie chce się zauważyć jak wielką rolę w budowaniu nastroju odgrywa muzyka skomponowana przez trio złożone z Sinead O'Connor, Elii Cmirala oraz Billy'ego Corgana (wokalisty "The Smashing Pumpkins"), uderzająca miejscami w naprawdę psychodeliczne tony. Nie mogę milczeć kiedy zapomina się o tym, że jest to najlepszy film stworzony przez Wainwrighta (Zagadką pozostaje dla mnie jednak fakt jak ten reżyser mógł w ogóle stworzyć tak dobre dzieło, skoro jak już wspomniałem jego dotychczasowe osiągnięcia absolutnie nie wskazywały, że jest w stanie wznieść się na taki pułap). I wreszcie nie mogę milczeć kiedy przymyka się oczy na efektowne wizualnie i świetnie zrealizowane technicznie sceny dotykających bohaterkę cierpień (Aspekt, który sprawia, że ten film musi genialnie wyglądać na wielkim ekranie). Chcę bowiem móc spokojnie spojrzeć w lustro bez poczucia obrzydzenia do samego siebie.

Podsumowując. Choć przedstawiany tu obraz Kościoła rzeczywiście nie jest zbyt przychylny (delikatnie rzecz ujmując) i zbliżony jest do tego, który w swoich bestsellerach kreuje Dan Brown (Zatem w pełni rozumiem oburzenie ortodoksów, którzy chcieliby widzieć swoich pasterzy jako nieskalanych grzechem i ludzkimi małostkami) to jednak osobiście nie czuję się dotknięty i w mojej opinii "Stygmaty" to nie tylko jeden z najlepszych obok "Egzorcysty" i "Egzorcyzmów Emily Rose" filmowych obrazów opętania ale przede wszystkim mamy tu do czynienia z obrazem, który bez wątpienia zasługuje na to by odrzucić przesądy i zwrócić uwagę na faktyczną wartość artystyczną. Wtedy naszym oczom ukaże się porządny horror ze startch dobrych czasów. Czasów, kiedy w kinie grozy liczyły się takie elementy jak klimat, dobrze opowiedziana historia i przyzwoita gra aktorska a nie pojemność wiadra z podrobami mięsnymi. 

OCENA:

9/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci