Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Yattaman" 2009 czyli tak powinno się kręcić ekranizacje!

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Yattaman

Reżyseria: Takashi Miike

Scenariusz: Masashi Sogo

Kraj: Japonia

Czas trwania: 119 minut

Pewnie niewielu z was ten tytuł cokolwiek mówi, szczególnie jeśli ominęło was dojrzewanie w latach dziewięćdziesiątych i szał na nadawane przez "Polonię 1" japońskie animacje (Ach! To były czasy! Teraz już nie robią takich kreskówek jak kiedyś...), ale zapewniam was. Straciliście bardzo wiele. "Yattaman" bowiem, kreskówka, w której para głównych bohaterów Gan-chan i Ai-chan stawiała czoło bandzie Drombo złożonej z najbardziej nieudolnych antagonistów jakich kiedykolwiek widziałem, był jedną z tych produkcji, które zdecydowanie ukształtowały mój gust. Do dziś pamiętam bowiem jak, zafascynowany wielkimi robotami (wcześniej nadawano też produkcję "Generał Daimos", a jak wam wspominałem już przecież przy okazji "Transformersów" miałem wówczas na punkcie takiej tematyki prawdziwego bzika ) niecierpliwie czekałem każdego dnia by móc zanurzyć się w te zwariowane i groteskowe klimaty, przesycone surrealizmem, dziwacznym poczuciem humoru oraz imponującym stężeniem absurdu. Jasne! Już wtedy widziałem, że odcinki są przewidywalne jak gra polskich piłkarzy i dzieją się według jednego schematu. W ogóle mi to jednak wtedy nie przeszkadzały. Szczególnie, że  posiadały niewątpliwy urok sprawiający, że aż chciało się je oglądać. (Boże! Właśnie sobie uświadomiłem jaki jestem stary). Nie sądziłem jednakże, iż komukolwiek, nawet tak dobremu reżyserowi jak znany nam z "Gry Wstępnej" Takashi Miike uda się to przenieść na ekran zachowując jak największą możliwą wierność materiałowi źródłowemu. No cóż! Byłem w błędzie!

Japończycy bowiem po raz kolejny mnie nie zawiedli. Po raz kolejny udowonili, że nie tylko nie mają sobie równych pod względem nieskrępowanej wyobraźni, politycznej niepoprawności zdumiewającej pomysłowości, balansowania na pograniczu kiczu i tandety oraz używania mało subtelnych aluzji seksualnych ( Chociażby kwestia "robocich piersi" albo ciuszków miss Doronjo (granej przez piękną Kyoko Fukudę). Przypominam, że miał to być rzekomo produkt przeznaczony dla dzieci. Widocznie w kraju kwitnącej wiśni wyjątkowo wcześnie przychodzi uświadomienie latorośli w takich kwestiach) ale przede wszystkim udowodnili, że sami najlepiej nadają się do przetwarzania własnych kulturowych produkcji. I absolutnie w tym aspekcie nie przesadzam ani o jotę.  Przecież do dnia dzisiejszego coś mnie strzyka, kiedy przypomnę sobie stworzony przez Jamesa Wonga kosmiczny bałagan pozbawiony jakiegokolwiek wdzięku. Filmowy śmietnik znany też jako "Dragonball Evolution". A przecież w tamtym przypadku nie byłem nigdy fanem oryginalnej serii!

Podsumowując. Z góry zaznaczam, że nie każdemu ta pozycja przypadnie do gustu. Nie dość bowiem, że taką przerysowaną kinematografię po prostu trzeba lubić by czerpać frajdę z seansu to na dodatek dla wyłapania wszystkich smaczków i nawiązań należy orientować się wc materiale źródłowym. To nie jest bowiem jedna z tych produkcji, która stawia sobie za cel pozyskanie nowych widzów i ułatwienie życia w jakikolwiek sposób tym, którzy przypadkiem na ten tytuł natrafili.

OCENA: 8/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci