Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Zabójcze Ciało" {Jennifer's Body} (2009)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

jb

Nic się nie dzieje przypadkowo. Nawet tak, zdawałoby się błaha czynność jak wybór filmu na wieczorny seans ma swój głęboko ukryty sens. Tak się bowiem dzisiaj złożyło, iż w pocie czoła, dzięki czemu nie wyrobiłem się na czas z umieszczeniem wpisu, pracuję nad prezentacją multimedialną na zajęcia z Technologii Informacyjnych (W zasadzie to należałoby powiedzieć, iż  tylko korzystam z tego, że temat nie został nam odgórnie narzucony i dopracowuję tę, którą przygotowałem kiedyś podczas studiów na innym kierunku i której fragmenty publikowałem już na blogu. Ale może nie czepiajmy się szczegółów) o zmieniającym się na przestrzeni wieków obrazie kobiety w kinie grozy (Tak swoją drogą byłbym niezmiernie wdzięczny za wszelkie sugestie kreacji, szczególnie chodzi mi tu o te mniej znane i mniej oczywiste, które warto byłoby w takiej pracy uwzględnić. Bo choć mam już sporo materiału na ten temat to jednak, jak już wiecie, jestem perfekcjonistą i uważam, że wszystko można zrobić lepiej i trafniej. Poza tym zawsze przydaje się świeże spojrzenie kogoś, kto zwróci uwagę na produkcje, które ja mógłbym nieroztropnie pominąć) to jasnym chyba jest fakt, że nie mogłem pominąć produkcji wyreżyserowanej przez kobietę (Karyn Kusamę), której scenariusz napisała kobieta (Diablo Cody) a w główne role wcieliły się (śliczna jak obrazek, choć absolutnie nie utalentowana aktorsko) Megan Fox, od której absolutnie nie można oderwać wzroku oraz pamiętna ze świetnego "InTime" Amanda Seyfried. Jednym słowem musiałem obejrzeć "Zabójcze Ciało". Czy żałuję? Zdecydowanie nie!

Jasne! "Jennifer Body" nie jest pozycją idealną. Ba! Nie jest nawet szczególnie dobrą, wyjątkowo emocjonującą, mrożącą krew w żyłach czy choćby przez zaskakujące i niespodziewane zakończenie zapadającą w pamięć i skłaniającą do ponownego seansu.Bez większych trudności można bowiem znaleźć wiele elementów, na które mógłbym i powinienem narzekać (czyli robić to, w czym jestem podobno niekwestionowanym mistrzem) zaczynając od sztywnej i kompletnie nieprzekonującej aktorsko Fox (Grunt, że chociaż Seyfried radzi sobie przyzwoicie i ostatecznie przekonała mnie, iz należy do grona relatywnie młodych aktorek ze sporym potencjałem) poprzez wypominanie braku logiki niektórych (szczęśliwie nie na taką skalę jak w omawianym kilka dni temu "Simon Says") niebywałej płytkości i utargetowania produktu , co zostało w głównej mierze osiągnięte nacechowaniem scenariuszą sporą dawką erotyzmu (szczególnie jeśli chodzi o osiągającą szczyty seksualnego napięcia scenę namiętnego lesbijskiego pocałunku głównych bohaterek, która wypadła tak wiarygodnie, (Sądzę, iż nie tylko dlatego, że zarówno Seyfried jak i Fox zostały przez Stwórcę szczodrze obdarzone walorami estetycznymi. Główną rolę odgrywała tu raczej wyraźnie wyczuwalna namiętność), iż zacząłem mieć wątpliwości w kwestii orientacji dziewczyn odgrywających główne role) na młodzież licealną przejść aż do faktu, iż rozwiązaniom fabularnym daleko do oryginalności (Nawet ogólny pomysł wyjściowy wydaje się być niezwykle zbliżony do fabuły beznadziejnej "Tamary" w którym zagrała Jenna Dewan, stanowiąc wzorzec beztalencia prosto z Sevres). 

Czuję jednak, że gdybym postąpił tak jak wszyscy i wbrew sobie dołączył do tej całej fali hejtu towarzyszącej tej produkcji (bez dwóch zdań spowodowanej stosunkiem widzów do osoby Megan Fox i przekładaniem tego na ocenę całej produkcji byłoby to pójściem na łatwiznę, dołączeniem do grona rzekomych "znawców", dla których kino powinno przede wszystkim poruszać poważne problemy natury moralnej i etycznej, przyznaniem się do porażki oraz kompletną kapitulacją. A tego właśnie staram się unikać (Choć przyznaję, że nie zawsze mi to wychodzi). Muszę bowiem powiedzieć, że oglądało mi się to wszystko w miarę przyjemnie. Szczególnie pod względem dobrze, lekko i z humorem napisanych dialogów (w którym to aspekcie Diablo Cody jest przecież niezaprzeczalną mistrzynią czego dowiódł otrzymany przez nią w 2007 Oscar (gwoli ścisłości dodam, że za "Juno) oraz kilku interesujących postaci drugoplanowych (w jedną z nich wciela się Johnny Simmons znany lepiej jako Młody Neill z rewelacyjnego "Scotta Pilgrima").

Podsumowując. Sądzę, iż uprawnionym będzie twierdzenie "Zabójcze Ciało" jest idealnym "Guilty Pleasure". Mimo wszystkich swoich  widocznych aż nadto wad mamy tu bowiem do czynienia z obrazem, który bez dwóch zdań posiada wiele uroku i zapewniającym zaskakująco przyjemnie spędzony czas. 

OCENA: 7/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci