Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Lords of Salem" (2012) czyli psychodeliczna jazda!

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

RZ

Reżyseria: Rob Zombie

Scenariusz: Rob Zombie

Kraj: Kanada, USA, Wielka Brytania

Gatunek: Horror

Czas trwania: 101 minut

Przyznam się szczerze (choć dla każdego kto uważnie śledzi mojego bloga to wyznanie powinno być równie oczywiste jak oddychanie), że bardzo czekałem na ten film. Ale czy można się temu dziwić? W końcu za kamerą staną sam Rob Zombie, czyli w mojej opinii nie tylko bardzo dobry muzyk ale przede wszystkim jeden z kilku współczesnych reżyserów kina grozy dysponujących własnym, oryginalnym i niezwykle rozpoznawalnym stylem. Człowiek, który dał nam kapitalny, szalony i niesamowicie poschizowany  "Dom 1000 Trupów" (Produkcja, która tak swoją drogą stanowi moją niezaprzeczalną "miłość od pierwszego wejrzenia"). Twórca, który nigdy nie rozczarował mnie poziomem swoich dzieł (Tak! Podobał mi się nawet, tak wyklinany przez wszystkich innych "Halloween II". Ba! Pozwolę sobie pójść o krok dalej i stwierdzić, iż w tym wypadku sequel okazał się w mojej ocenie znacznie lepszy od poprzednika). No cóż zawsze musi być ten pierwszy raz.

 Nigdy nie sądziłem, że to napiszę w przypadku filmu od Roba Zombie ale "Lords of Salem" to według mnie najlepszy przykład na to jak zrobić słaby film. Zresztą twórca jest niejako sam sobie winien. Wiedząc bowiem, że sam punkt wyjścia (który określić można jako, za jednym z użytkowników Filmwebu, mianem "narkotycznej wariacji nt. Dziecka Rosemary") nie prezentuje się szczególnie oryginalnie i chcąc zadowolić swoich fanów, po raz kolejny tworząc przekozacki, schizofreniczny i ryjący psychikę klimat w stylu pamiętanym ze wspomnianych tu już produkcji, Zombie postawił na przesadny eklektyzm, świetną stronę wizualną, artyzm (w najgorszym tego słowa znaczeniu czyli takim sprowadzającym się do stwierdzenia "im mniej zrozumiale, tym lepiej") oraz przesadził z ilością symboliki, która wprost wylewa się z ekranu hektolitrami. Nie można się zatem dziwić, że w rezultacie wyszedł mu jedynie mętny, bełkotliwy, przegadany, nudnawy, nieangażujący i przestylizowany do granic wytrzymałości widza twór, nad którym nikt zdaje się nie panować. Nie pomaga mu również fakt, że Sheri Moon Zombie udowodniła, że, delikatnie rzecz ujmując nie jest najlepszą aktorką bo w roli naszej filmowej heroiny Heidi  wypadła blado i kompletnie nieprzekonująco. Ba! Sprawiła wręcz, że jej kapitalna kreacja Baby Firefly w przywołanym tu już fenomenalnym debiucie jej męża, wydaje się niczym więcej jak tylko wypadkiem przy pracy (Zresztą poziom aktorstwa stał tu w ogóle na bardzo niskim poziomie. Jeśli mam być szczery, to brakowało mi w obsadzie rewelacyjnego Billa Moseley, który wprowadził by tu niewątpliwe ożywienie nawet chwilowym pojawieniem się na ekranie)

Nie chcę zabrzmieć jak hipokryta (W końcu jeszcze nie tak dawno otwarcie przyznałem się do tego, że forma bywa dla mnie ważniejsza niż treść i potrafiłem rozpływać się w zachwytach nad najbardziej wariackimi pomysłami takimi jak genialna "Wojna Polsko-Ruska" czy frentyczne "Wkraczając w Pustkę", które dla normalnego widza mogłyby okazać się ciężkie do przełknięcia) ale ja osobiście lubię w tym co oglądam widzieć choć odrobinę sensu. Nie może być bowiem tak, że autor (nawet taki, którego cenię i lubię) przelewa na ekran antykatolickie fobie, miesza wszystko ze wszystkim w myśl zasady "znaczenie jest bez znaczenia" i częstuje nas graniem swojej duszy, oczekując, iż padniemy na kolana przed wielką sztuką. Niestety tak to nie działa.

Podsumowując. Pewnie to wynik przesadnych oczekiwań i tego, że spodziewałem się zupełnie innej produkcji ale nie mogę postawić "Lords of Salem" wysokiej oceny. Bo choć pułap osiągnięty przez Roba Zombie nawet przy tak słabej produkcji jest niedostępny dla innych twórców i gdyby plotki o tym, że było to swoiste pożegnanie się tego reżysera z karierą filmowca miały być prawdziwe byłaby to wg. mnie wielka strata dla wszystkich horrormaniaków (Bo tak jak wspomniałem na początku, w dzisiejszych czasach rzadko zdarzają się artyści, którzy mają własny rozpoznawalny styl)  to jednak, jak mawiali starożytni Rzymianie  "Amicus plato, sed magis amica veritas".

OCENA: 6/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci