Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Demons never die" (2011)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

DND

Reż: Arjun Rose

Scenariusz: Arjun Rose

Kraj: Wielka Brytania

Czas trwania: 93 minuty

 

Na pierwszy rzut oka można by przypuszczać, że wyprodukowany przez Idrisa Elbę debiutancki obraz Arjuna Rose'a to kolejny przedstawiciel teen-slasherów, których na całym świecie (oczywiście z wyjątkiem Polski) powstają każdego roku setki. Że będziemy mieli do czynienia z fabułą, w której grupa nastolatków o osobowości wołka zbożowego staje się, z jakiegoś (bliżej niesprecyzowanego i zapewne głupkowatego) powodu obiektem ataków ze strony tajemniczego, zamaskowanego prześladowcy. Muszę jednak powiedzieć, że gdyby faktycznie ekranowe wydarzenia w filmie brytyjskiego sprowadzały się wyłącznie do powielania gatunkowych schematów, to całość nie miałaby najmniejszych szans aby mi się spodobać. Bo przecież lubię rzeczy, które są nietypowe, przekraczają ramy gatunkowości, udanie łączą ze sobą różnorodne (często diametralnie odległe) klimaty. A przede wszystkim uwielbiam dzieła wyłamujące się ze schematu przewidywalności i trudne do jednoznacznego skategoryzowania. Tymczasem "Demons never die" dokładnie tak się stało. I to nawet nie tylko dlatego, że ten tytuł w pełni sobie zasłużył na zapisane na plakacie hasło "Brytyjski "Krzyk" dla pokolenia "Skins"

Muszę bowiem przyznać, że reżyserowi, który niewątpliwie należy do utalentowanych twórców i warto będzie śledzić jego następne poczynania, udało się, jak już wspomniałem, stworzyć niegłupi film i w udany sposób połączyć ze sobą wątki pasujące do dramatu psychologicznego o życiu współczesnej młodzieży  (nie wspomniałem bowiem o jednej bardzo ważnej rzeczy. Nasi protagoniści to, podobnie jak to miało miejsce w świetnym "Chatroom", który nadal uważam za zdecydowanie lepszy obraz od przereklamowanej "Sali Samobójców",  kilkoro zdesperowanych młodych ludzi, którzy postanowili zawrzeć samobójczy pakt) z rasowym horrorem. A, co chyba ważniejsze, udało mu się sprawić, że poszczególne elementy składowe nie kolidują ze sobą lecz sprawiają wrażenie integralnej całości i stanowią niezwykle pożywną mieszankę. Ponadto trzeba wspomnieć, że muzyka buduje niezły klimat, bohaterowie są sympatyczni, przyciągają uwagę i zdecydowanie przejmujemy się ich losem (Mimo, że wszyscy aktorzy bardzo dobrze wywiązali się ze swojego zadania to moim osobistym "faworytem" jest tutaj grany przez charyzmatycznego Jasona Mazę Kenny, który swoją energią rozsadza ekran) mamy tu momenty bawienia się filtrami i kompozycją kadrów (zupełnie jakby zabrał się za niego Guy Ritchie), nienachalny wątek romansowy a scenariusz umiejętnie myli tropy w kwestii tożsamości złoczyńcy. (Która w mojej ocenie okazuje się być nie tyle zaskoczeniem co wielkim rozczarowaniem i stanowi olbrzymi minus, który w znacznym stopniu zaważył na finalnej ocenie) Ale nie będę zdradzał niczego więcej, żeby nie psuć wam przyjemności płynącej z seansu)

 Podsumowując. Ogólnie mówiąc uważam, że "Demons never die" (nawet mimo niekoniecznie satysfakcjonującego zakończenia i kilku innych drobnych słabostek, na które pozwolę sobie przymknąć oko)  za obraz godny polecenia. Bo choć jest to tytuł mało znany i jakoś niespecjalnie straszny obraz to jednak dobrze się go ogląda, potrafi zaciekawić i dysponuje interesującym klimatem. 

OCENA: 7/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci