Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Istota" {Splice} (2008)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Splice

Reżyseria: Vincenzo Natali

Scenariusz:Vincenzo Natali, Doug Taylor, Antoinette Terry Bryant

Kraj: Francja, Kanada, USA

Czas trwania: 107 minut

Łaska widza filmowego na pstrym koniu jeździ. Publika potrafi więc z jednej strony wynosić pod niebo twórców, którzy przez całe swoje zawodowe życie stworzyli co najwyżej jeden godny uwagi film (James Cameron), z drugiej zaś już na starcie, najczęściej nawet go nie oglądając, odsądzić jakiś film od czci i wiary jakiś film tylko dlatego, że a). jest moda na hejtowanie autorki powieści, na której został oparty (tegoroczny "Intruz", który wcale nie był {O dziwo! Ale to pewnie bardziej zasługa talentu Andrew Niccola i Saoirse Ronan niż materiału źródłowego} taki tragiczny jak można by sądzić i jak chce tego większość osób, z których opiniami się zetknąłem.) b). wystąpił w nim aktor, którego widzowie nie lubią ( casus Nicholasa Cage'a) c) jest to film polski, więc z założenia zły ("Hiena", "Pokłosie", "Palimpsest") czy d) za kamerą stał M. Night Shyamalan (Nie. Nie widziałem jeszcze "After Earth"). Bywa też niekiedy i tak, że choć reżyser wydał na świat niejeden ciekawy i niegłupi obraz to  wszyscy zapamiętali wyłącznie ich błyskotliwy debiut. Vincenzo Natali (Podobnie jak Richard Kelly), którym się dziś zajmiemy, należy właśnie do tej kategorii.

"Istota" czyli ostatni jak dotąd pełnometrażowy film tego pana (Tak na marginesie mogę dodać, że (przynajmniej według IMDb) w tym roku czeka nas premiera nowego filmu tego reżysera. Będzie nim "Haunter" z Abigail Breslin {z "The Call"} i Stephenem McHattie {z "Pontypool"} w rolach głównych) w momencie wejścia na ekrany spotkało się z chłodnym przyjęciem ze strony krytyki i zostało uznane za porażkę roku.  W sumie nie powinienem się jakoś specjalnie dziwić. Bo choć dotychczas obejrzane przeze mnie dzieła tego niezaprzeczalnie utalentowanego i podejmującego swoimi produkcjami diametralnie zróżnicowaną tematykę oraz ciężar gatunkowy (Bo nikt mi nie wmówi, że obdarzony dickowską atmosferą "Cypher" oraz cudownie purnonsensowy "Nothing" łączy o wiele więcej niż tylko osoba reżysera) kanadyjczyka, reprezentują naprawdę wysoki poziom. Kiedy jednak debiutuje się tak fenomenalnym obrazem jak "The Cube" czyli, w mojej ocenie, jednym z najbardziej klimatycznych i bezapelacyjnie pomysłowych thrillerów w historii kina (Pozycji, która niewątpliwie wywarła wpływ na powstanie chociażby sławnej "Piły") oraz produkcja, za której gęsty od napięcia i enigmatyczny nastrój większość filmowców byłaby gotowa podpisać pakt z diabłem,  to poprzeczka oczekiwań wędruje niebotycznie wysoko. Czy jednak rzeczywiście możemy tu mówić o tak wielkim rozczarowaniu jak mogłoby się wydawać? Moim zdaniem nie do końca.

Jasne. Możemy powiedzieć, że "Istota" nie jest produkcją udaną. Że tym razem brakuje temu dziełu jakiegoś stempla oryginalności, który dotychczas charakteryzował filmy pana Natali, który dotychczas potrafił sprawić by wyreżyserowane przez niego tytuły wyróżniały się spośród konkurencji i zapadały w pamięć. (Tymczasem w tym przypadku przez długie fragmenty ma się wrażenie, iż całość mógłby równie dobrze ogarnąć jakiś wyrobnik pokroju Davida Twohy {zupełnie przypadkowo tak się złożyło, że Twohy jest odpowiedzialny za, wspominaną wczoraj, "Wyspę Strachu".  Tak swoją drogą to polecam jednak zapoznanie się ze stworzonym przez niego świetnym "Ciśnieniem" czyli opowieści o duchach na łodzi podwodnej}). Że gra aktorska nie przekonuje (Mimo obecności na ekranie, charyzmatycznej jak zawsze i chyba odrobinę niedocenianej przez masową widownię Sary Polley. Wszak nawet przy takim anemicznym materiale jaki daje jej scenariusz, potrafiła stworzyć krwistą postać i zostawić daleko w tyle swego, znacznie bardziej utytułowanego ekranowego partnera Adriena Brody). Że główni bohaterowie są mało interesujący pod względem charakterologicznym. Że jak na poruszane problemy (Dodajmy, iż mimo ukazania między gatunkowego seksu nie są one tak znowu nowatorskie. Problem negatywnych rezultatów wynikających z "bawienia się w boga" i testowania jak daleko przebiega granica, której odpowiedzialni naukowcy nie powinni przekracza, choćby kierowały nimi nawet najbardziej humanistyczne pobudki, od zawsze stanowił wdzięczny temat dla wszelkiej maści artystów. Wystarczy wspomnieć chociażby o stworzonej przez Mary Shelley opowieści o potworze doktora Frankensteina) temat został ledwie liźnięty. Dlaczego więc w poprzednim akapicie napisałem, że nie do końca "Splice" jest dla mnie tak wielkim rozczarowaniem jak mogłoby się wydawać? No cóż! Głównie dlatego, że nie jest to drugi "Prometeusz". W przeciwieństwie bowiem do dzieła Scotta, który najwyrźniej stracił rozum i postanowił nasikać na stworzoną przez siebie legendę (Ale o swoich frustracjach związanych z tym produktem już przecież pisałem),  ten film przynajmniej nie obraża inteligencji widza. Nie próbuje sprzedawać jakiś patykiem po wodzie pisanych fantasmagorii jako naukowych faktów. Tu wszystko co dzieje się na ekranie daje do myślenia i sprawia wrażenie może nieco przejaskrawionego (wspominany tu już między gatunkowy seks) ale, na swój sposób, logicznego, niegłupiego oraz realnie możliwego do osiągnięcia w niedalekiej do osiągnięcia przyszłości. Poza tym mamy tu jeszcze porządnie wykonaną stronę techniczną

Podsumowując. Trudno powiedzieć aby "Istota" faktycznie była wyjątkowo spektakularną klapą. Jednak po produkcji,  sygnowanej nazwiskiem Vincenzo Nataliego można było spodziewać czegoś zdecydowanie więcej niż kolejnego gatunkowego średniaka, o który bardzo szybko zapomnę.

OCENA: 5/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci