Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Evidence" (2013)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Evi

Reżyseria: Olatunde Osunsami

   Jak to czasami warto poczekać z wydawaniem definitywnego sądu o jakości danego obrazu aż do samego końca. Szczególnie jeżeli, tak jak ma to miejsce w tym przypadku, zakończenie to element dystansujący wszystko co twórcy mają nam do zaoferowania i zdecydowanie podnoszący ocenę całości. Bo nie oszukujmy się. Gdyby nie finałowy, kompletnie nieprzewidywalny twist fabularny (jak do tej pory najlepszy zwrot akcji ze wszystkich tegorocznych pozycji) trudno by mi było uznać "Evidence" za produkcję choćby przeciętną czy wartą jakiegokolwiek zainteresowania. 

Mimo, że film ma bowiem swoje momenty (takie jak, wspomniany tu już finałowy zwrot akcji (nad którego logiką lepiej się chyba nie zastanawiać bo jeszcze okaże się być czymś zbliżonym do zakończenia "Haute Tension" albo "Oldboya"), ładne aktorki (szczególnie Caitlin Stasey), garść umiejętnego mylenia tropów czy dobrze ukazane efekty gore) i jest znacznie lepszym thrillerem niż omawiany nie tak dawno "Sęp" (choć w sumie nie wydaje mi się aby było to jakieś wielkie osiągnięcie biorąc pod uwagę jakość produkcji Eugeniusza Korina)  to z innym zakończeniem byłaby to po prostu kolejna, do bólu sztampowa i przez większą część czasu niespecjalnie emocjonująca pozycja, w której grupa postaci o osobowości kawałka kartonu staje się ofiarami zamaskowanego psychopaty  z lutownicą. W dodatku sprawiająca wrażenie, iż autor właściwie nie bardzo wiedział w jakiej konwencji chce nam tę historię pokazać i miota się jak nekrofil w kostnicy między "found footage" a "normalnym" kryminałem a'la "Kryminalne Zagadki Las Vegas". Nie wiem. Może gdyby zastosowano jakieś bardziej adekwatne, wyważone proporcje, to obecność stylu za którym osobiście nie przepadam do tego stopnia, iż każdy film stosujący to rozwiązanie ma niezwykle trudną pozycję wyjściową, przynajmniej by mi w tym wypadku nie przeszkadzała. Tymczasem poza wywołaniem u mnie potwornego bólu głowy, wywołanego ciągłymi ruchami kamery, jedynym efektem jaki twórcom tej produkcji udało się tym zabiegiem osiągnąć było kompletne zmarnowanie aktorskiego potencjału Radhy Mitchell, która  świetną kreacją stworzoną w "Silent Hill" dowiodła niezbicie, iż jest zdecydowanie za dobra na wcielanie się w tak zmarginalizowaną postać jaką przyszło jej tu grać. 

  Nie da się również zbyć milczeniem tego, że Osunsami (twórca spod ręki którego wyszedł w swoim czasie głośny "Czwarty Stopień" z uprowadzoną przez kosmitów {szkoda tylko, że ją zwrócili. Może na innych planet również poznali się na jej drewnianym talencie. Albo odwiedził ich Liam Neeson) Milą Jovovich} wziął sobie do serca tylko połowę słynnej zasady konstruowania fabuł sformułowaną przez, niekwestionowanego mistrza suspensu, Alfreda Hitchcocka, głoszącej, że "film należy zacząć trzęsieniem ziemii a potem napięcie powinno rosnąć. Dostajemy więc naprawdę intrygujący początek (będący powtórzeniem wykorzystywanego wielokrotnie przez innych twórców, chociażby Bryana Singera w rewelacyjnych "Podejrzanych" motywu wstecznej narracji) oraz kompletnie nieprzewidywalny finał natomiast gdzieś najwyraźniej zagubiły mu się kartki scenariusza pomiędzy nimi. 

Podsumowując. Mam dylemat. Jakkolwiek zakończenie bardzo mi się podobało to przecież za sam zwrot akcji nie mogę przecież dać słabemu w sumie filmowi, jakim niewątpliwie jest "Evidence" wysokiej oceny. 

OCENA: 6/10

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci