Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Jeździec Znikąd {Lone Ranger} czyli Jack Sparrow na dzikim zachodzie

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Lone Ranger

Reżyseria: Gore Verbinski

Przyznam się szczerze, że „Jeździec znikąd” to kolejna w ostatnim czasie produkcja, do której podchodziłem jak pies do jeża. Jednak, w przeciwieństwie do takiego np. „Sugarmana” nie dlatego, że nie lubię konwencji czy tematyki. Tym razem bowiem nie dość, że nie miałem jakiegokolwiek pojęcia o materiale źródłowym na podstawie, którego cała ta historia została zrealizowana (Pewnie niewiele straciłem, bo wygląda mi to na jakiś dziwaczny wariant historii Zorro) to na dodatek fakt, iż gdzie nie bym nie spojrzał i kogo nie posłuchał, wszyscy gremialnie odsądzają ten film od czci i wiary, nie nastrajał do optymizmu. Spodziewałem się zatem, że to faktycznie jest kompletnie nieudany skok na kasę (rzekłbym, iż wykonany z dość mizernym skutkiem jako, że wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastują finansową klapę), którym Gore Verbinski próbuje odcinać kupony od sławy stworzonych przez siebie, kapitalnych w mojej ocenie, „Piratów z Karaibów” i przenieść sprawdzony pomysł na fabułę (oraz Johny'ego Deepa, po raz kolejny w ostatnim czasie wcielającego się w Jacka Sparrowa, który tym razem, dla odróżnienia od oryginału, jest indianinem o imieniu Tonto) w klimaty Dzikiego Zachodu. I z takim również nastawieniem poszedłem wczoraj do kina, myśląc, że po powrocie najwyżej będę miał powody by smęcić jak bardzo mi się to nie podobało. I wiecie co? Po seansie muszę przyznać, że krytycy tego dzieła, na ogólnym poziomie ogólności mają rację. Próżno tu bowiem szukać jakiejś szczególnej oryginalności a podobieństwa bohaterów do postaci z serii o piratach nasuwają się wręcz samoistnie. Tylko co z tego? 

W dzisiejszych czasach, pełnych miałkich produkcji bez jakiegokolwiek wyrazu, nie możemy wszak narzekać na nadmiar dobrze zrobionej (Jednakże można się zastanawiać dlaczego ogólny klimat jest zastanawiająco mroczny i pesymistyczny jak na obraz w zasadzie przeznaczony dla całej rodziny), utrzymującej wysokie tempo, angażującej, bezpretensjonalnej rozrywki obdarzonej niezaprzeczalnym urokiem, lekkimi dialogami, imponującymi scenami akcji (które, tak jak to miało miejsce w przypadku omawianego tu nie tak dawno „World War Z” najlepiej prezentują się na wielkim ekranie. Szczególnie jeśli chodzi o wszystkie sekwencje z udziałem pociągów) oraz wyrazistymi bohaterami ( Tak swoją drogą warto wspomnieć że mimo iż Armie Hammer i Johnny Deep tworzą naprawdę udany i autentycznie zgrany duet protagonistów a William Fichtner jak zwykle nie zawodzi (Choć szczerze mówiąc jego charakteryzacja stale sprawiała, że przychodził mi na myśl wygląd Jackie'go Earl Haley'a w remaku „Koszmaru z ulicy Wiązów”) to na plan pierwszy (chyba nie do końca zamierzenie przez twórców) zdecydowanie wysuwa się tu Ruth Wilson, do tej pory nieszczególnie przeze mnie kojarzona aktorka, która mimo wątłego materiału jaki dał jej do dyspozycji scenariusz (Widać wyraźnie, że zdecydowanie większą uwagę scenarzyści skupili na Helenie Bonham Carter. Ta jednak moim zdaniem całkowicie zawiodła i, jak na swoją klasę, wypadła blado oraz bez wyrazu. Grana zaś  przez Wilson Rachel, która niewątpliwie miała być tylko „paprotką” i obowiązkowym „love interest”, swoją charyzmą i naprawdę dobrą kreacją potrafiła zaciekawić, napełnić swoją bohaterkę życiem i sprawić by czuło się niedosyt jej obecności na ekranie. Mało tego. Uważam, że od czasu Rachel McAdams, rewelacyjnej jako Irene Adler partnerka Sherlocka Holmesa w dwóch filmach Guya Ritchie nie było w letnich blockbusterach tak interesującej postaci kobiecej). A patrząc na wszystko z tej perspektywy wychodzi niezbicie, że „Jeździec Znikąd” jest filmem, który niewątpliwie spełnia wszystkie te aspekty i zapewnia masę frajdy z seansu.

Podsumowując. Jestem przekonany, że jeszcze niejednokrotnie do tego obrazu wrócę. Nie tylko bowiem mamy tu do czynienia z naprawdę satysfakcjonującą, czarującą produkcją, ale przede wszystkim otrzymaliśmy udane odświeżeniem przez Gore'a Verbinskiego kolejnego, po kinie pirackim, zasłużonego gatunku filmowego, (tym razem padło na western). Zatem apeluję o to by nie przejmując się opiniami iść do kina, gdyż jeżeli „Lone Ranger” ma być wyłącznie odgrzewanym kotletem to można tylko marzyć by zawsze były one tak pożywne. 

OCENA: 7/10

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci