Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Livide" (2011) czyli francuska karuzela z wampirami

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

livide

Pewnie zdążyliście już zauważyć ( zresztą to naprawde nie jest takie trudne, szczególnie kiedy na każdym praktycznie kroku sam to podkreślam) że bardzo lubię wszystko co się w jakikolwiek sposób wyróżnia z grona całej celuloidowej konfekcji. Że mam wielką słabość do produkcji wyrazistych i prowokacyjnych pod względem treści a dziwnych, enigmatycznych, zwichrowanych i nietypowych jeśli chodzi o formę (Przy czym zaznaczam, że te dwie cechy niekoniecznie muszą iść w parze. Ba! W mojej ocenie nawet nie powinny. Bo choć oczywiście  zdaję sobię oczywiście sprawę, że idealnym rozwiązaniem byłoby gdyby egzaltowana oprawa nie przesłaniała treści ( No chyba, że chcemy zrealizować "Avatara"! Wtedy proszę bardzo.) to w moim przypadku muszę powiedzieć, że jako zadeklarowany formalista zdecydowanie wyżej cenię sobie te tytuły (Np. "Big Love", "Excision", "Sauna" "Stoker" czy "John Dies at the End"), których twórcy potrafili mnie zaintrygować, oszołomić i zaciekawić. Czyli jednym słowem- byli w stanie dobrze swój produkt sprzedać. Tak swoją drogą warto dodać, że chociażby przykład tegorocznych "Lords of Salem" (notabene w reżyserii Roba Zombie czyli jednego z moich ulubionych filmowców twórcy chociażby rewelacyjnego "Domu Tysiąca Trupów" czy, odrobinę niedocenionego moim zdaniem "Halloween II") świadczy, iż stworzenie takiego filmu, którym bym był w pełni usatysfakcjonowany nie jest to takie proste bo nawet największym w branży zdarzają się na tym polu spektakularne katastrofy. 

 Jednak "Livide", stworzony przez francuski duet Bustillo- Maury znany ze swojego debiutanckiego "Najścia" (Obrazu, który tak swoją drogą również od dłuższego czasu znajduje się na mojej liście filmów koniecznych do obejrzenia w niedalekiej przyszłości. Głównym powodem takiego stanu jest jego reputacja (po przeczytaniu kilku recenzji na temat tej produkcji (poza rozpływaniem się nad wybitną kreacją Beatrice Dalle wspominających również o takich rzeczach jak przekraczanie tabu, ukazanie realistycznych tortur na ciężarnej kobiecie oraz śmierć dziecka w łonie matki) a także obejrzeniu kilku innych francuskich horrorów z podobnych lat (takich jak np. "Martyrs" czy "Blady Strach") jestem pewny, iż ta fama jak otacza "Najście" może być absolutnie zasłużona) krwistego, brutalnego i kontrowersyjnego dzieła, które zostało mocno pocięte przed wejściem na ekrany nawet w tak, zdawało by się liberalnym kraju jak USA) to zupełnie inna para kaloszy. No bo tak szczerze. Jakże mógłbym ominąć szerokim łukiem film, w którym w głównej roli występuje (dodajmy od razu, że z bardzo satysfakcjonującym rezultatem) tak ładna i subtelna dziewczyna jak Chloe Coulloud (Wyglądająca trochę jak francuska wersja Felicity Jones)?

I uwierzcie mi, iż chyba nie darowałbym sobie, gdybym nie obejrzał "Livide". Jest to bowiem dziwny, przepełniony symboliką tytuł, po którym znakomicie widać, że czasem warto sobie odpuścić szokowanie brutalnością i przekraczanie kolejnych granic by stworzyć naprawdę dobry, fabularnie interesujący (choć trzeba dodać, że tak jak w przypadku "Sauny" całość trochę długo się rozgrzewa, postacie towarzyszy głównej bohaterki są, nawet jak na przeznaczoną im funkcję mięsa armatniego, trochę zbyt stereotypowe  a motyw z grupką młodych ludzi włamujących się do pozornie opustoszałego domu by odkryć, że czai się tam coś przekraczającego ich najśmielsze przypuszczenia stosowano już tyle razy, że wymienienie wszystkich tytułów zajęłoby mi wieki) i trzymający w napięciu horror, który umiejętnie igra z naszymi oczekiwaniami. Nie tylko dlatego, że mamy tu do klimat urzekający już od pierwszej minuty seansu, ale przede wszystkim oglądając go obcujemy z obrazem już na poziomie traileru (zresztą sami zobaczcie i pomyślcie, że to tylko niewielki wycinek tego z czym mamy tu do czynienia) stanowiącym przemyślane odświeżenie gatunku wampirycznego i przywrócenie "książętom nocy" należnego miejsca na horrorowym firmamencie (Co po niesławnej "Twilightowej niewoli", jeśli oczywiście przyjmiemy, iż były to produkcje o potomkach hrabiego Draculi, niewątpliwie było potrzebne) podane w stylistyce jaka dotychczas charakteryzowała dla mnie kinematografię hiszpańską, która (jak dowiódł tego choćby "Labirynt Fauna" wydawała się raczej preferować  psychodeliczną  jazdę na pograniczu oniryzmu, baśni oraz stylistykę znaną z "House of Devil", "Suspirii" (Tu wszak ważną rolę również odgrywa wątek baletowy), "Sauny",  tegorocznego "Stokera" (głównie ze względu na podobnie chłodną oprawę wizualną zrealizowaną przez, znanego nam ze świetnego i godnego polecenia "The Divide" innego francuskiego reżysera Xaviera Gensa, Laurenta Baresa), pokręconej wyobraźni Davida Lyncha,  czy pierwszej części "Silent Hill" w miejsce surowego naturalizmu tortur, krwi i innych wydzielin ustrojowych. Tymczasem tym razem to francuzi zaserwowali mi filmowe danie złożone z tego wszystkiego, co (obok ciemnowłosych dziewcząt) niesłychanie mnie kręci i przyprawia o szybsze bicie serca i dodając do tego wątek zaginionych dzieci (tak swoją drogą zdecydowanie bardziej marginalny oraz znacznie lepiej w mojej ocenie rozwiązany niż w przypadku Pascala Laugiera i jego "Tall Mana") 

Podsumowując. "Livide" to bez wątpienia ciekawy obraz, który nie każdemu przypadnie do gustu, zwłaszcza jeśli ktoś nie lubi horrorów eksperymentujących, które zmuszają do poszukiwania drugiego dna lecz czeka raczej na kolejny wariant bezsensownej krwawej rzeźni. W takim wypadku rozczarowanie jest nieomal gwarantowane.

Ocena: 8/10  

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • ilsa333

    Też o nim niedawno pisałam:) Obejrzałam mimo iż większość opinii i ocen mało zachęcająca. A film- jak się okazało- godzien uwagi.

  • bradesinarus

    No! I w dodatku całkiem zaskakujący klimat jak na francuskie horrory.

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci