Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Noc Żywych Trupów" {Night of the living dead} (1968) czyli retrospekcji horrorowej klasyki część 6 (narodziny żywych trupów)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy wchodzicie!

NOTLD

Reżyseria: George A. Romero

Możecie wierzyć lub nie, że choć jestem (przynajmniej deklaratywnie) wielkim fanem kina grozy, to dzisiejszy seans stanowi mój pierwszy kontakt z tym niekwestionowanym klasykiem. Wiem, że to niewybaczalne i karygodne (szczególnie, że nie tylko nie jest on jakoś trudno dostępny i można go znaleźć w całości nawet na You Tube. A co ważniejsze płytka z nim, stanowiąca w swoim czasie dodatek do magazynu "Film", już od dawna jest elementem mojego filmozbioru. Nic mnie zatem nie usprawiedliwia) i zdaję sobie sprawę, iż po takiej deklaracji powinienem porzucić kino grozy a zająć się oglądaniem "M jak Miłość" czy "Nie kłap kochanie" (Co tak swoją drogą stanowi w mojej ocenie dobry tytuł dla jakiegoś australijskiego (o ile w Australii żyją inne krokodyle poza "Krokodylem Dundee") dramat obyczajowy o kobiecie, która zakochała się w krokodylu.  Niejako na swoją obronę chcę jednak powiedzieć, że (jak zauważyłem chociażby na przykładzie beznadziejnego "I spit on your grave" stare horrory potrafią się czasami bardzo brzydko zestarzeć. Dlatego nie może dziwić, iż przy takim nastawieniu miałęm pewne opory by sięgnąć po opus magnum George'a A. Romero.

I pewnie nadal bym tego nie zrobił, gdybym (zainspirowany reminiscencjami wywołanymi przez "World War Z" oraz "Jestem Legendą") nie postanowił przystąpić do sporządzenia rankingu najlepszych filmów o zombie jakie zdarzyło mi się oglądać. (Tak swoją drogą muszę dodać, że chyba żadna z wyżej wymienionych pozycji, mimo roli jaką odegrały w powstaniu tego planu, nie ma najmniejszych szans na znalezienie się w tym zestawieniu). A do tego niezbędne stało się sprawdzenie jak w ogóle zaczął się triumfalny marsz hordy żywych trupów przez ekrany światowych kin. Zatem jak prezentuje się protoplasta wszystkich "zombie-movie"?

No cóż. Chyba nie będę oryginalny jeśli powiem, że "Noc Żywych Trupów" to wciąż bardzo dobra produkcja, która (jeśli oczywiście pominiemy kilka drobnych aspektów takich jak chociażby charakteryzacja zombiaków (Ciekawostką może być to, że nieumarłych nie określa się tu, tak obecnie rozpowszechnionym, mianem zombie ale używa się w stosunku do nich określenia ghoule), nie do końca przekonująca gra aktorska (Zdecydowanie najlepiej radzi sobie niewątpliwie charyzmatyczny Duane Jones) czy potwornie denerwująca Barbra (grana przez sztywną jak deska i kompletnie nie umiejącą wyrażać emocji Judith O'Dea) stanowiąca nominalnie nasza protagonistkę. {No to już wyjaśniła się tajemnica skąd wzorce do tworzonych przez siebie postaci czerpią polskie aktorki serialowe w rodzaju Kasi Cichopek czy Marty Żmudy-Trzebiatowskiej (ta przynajmniej jest chociaż ładna, czego o poprzedniczce powiedzieć absolutnie nie można}) zadziwiająco dobrze przetrwała próbę czasu.

Ba! Choć arcydziełem i najlepszym horrorem w historii kina raczej bym tego tytułu nie nazwał (Zdecydowanie bardziej podobały mi się np. hitchcockowska "Psychoza" czy znakomity "The Thing" Johna Carpentera) to jednak przyznaję, że po seansie w pełni rozumiem szok wywoływany przez ten film w momencie premiery u widzów nie przygotowanych na tak realistyczny rodzaj horroru oraz potężne oddziaływanie jakie dzieło amerykańskiego reżysera wywarło na światową kinematografię (Dzięki niej dostaliśmy chociażby rewelacyjne "Zombieland" czy kapitalne "28 dni póżniej"). Nawet dziś bowiem, w erze postkultury i wszelkich ekstremów pokroju "Serbskiego Filmu", "Noc Żywych Trupów" potrafi zapewnić bardzo udany seans. Mamy tu wszak wszystko co powinien posiadać horror: ciężką depresyjną atmosferę (Dodam, że osiągniętą minimalnymi środkami, do których zdecydowanie zalicza się choćby muzyka Scotta Vladimira Liciny czy całkiem nieźle pomyślany scenariusz nie starający się na siłę wyjaśnić skąd właściwie wzięło się zagrożenie (choć jakieś tam strzępy wyjaśnienia, w postaci skażonego radioaktywnego paliwa z satelity, są nam tu jednak udzielane) tylko starający się kreować gęsty, odrobinę klaustrofobiczny klimat), poczucie autentycznego zagrożenia, dobrze rozpisane postaci (poza oczywiście, wspominaną już, Barbrą. Ale to pewnie bardziej wynik "czynnika ludzkiego" niż twórcza niedoróbka)  oraz zakończenie, które nie daje choćby iskry optymizmu. Może się to wydawać czepialstwem, ale po obejrzeniu tego filmu muszę  po raz kolejny stwierdzić, że choć szanuję Brada Pitta (szczególnie za graniczące z genialnością kreacje w "Siedem", "12 małpach" czy "Fight Clubie") jednak nie mogę z nim zgodzić w kwestii domaganiu się, aby "World War Z" zakończyło się happy endem. Zakładam, że jego podejście wynikało z nieobejrzenia dzieła George'a Romero, bo gdyby to zrobił niewątpliwie zrozumiałby, że nie miał racji i przyznał, że takie historie muszą kończyć się źle. 

 Podsumowując. Myślę, że nie ma sensu się rozpisywać czy kogokolwiek specjalnie zachęcać do seansu. "Noc Żywych Trupów" stanowi bowiem absolutną klasykę horroru i film, który stanowi lekturę obowiązkową dla każdego miłośnika tego gatunku. Powiem wam jednak, że jeżeli lubicie tematykę żywych trupów, a jeszcze nie widzieliście tej pozycji (czy to w ogóle jest możliwe?) to zdecydowanie powinniście po nią sięgnąć. 

OCENA: 8/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci