Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Sugar Man" {Searching for Sugar Man} (2012) czyli kręte ścieżki przeznaczenia

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

SM

Reżyseria: Malik Bendjelloul

Przyznam się szczerze. „Sugar Men” to w mojej ocenie kapitalne kino i bez cienia wątpliwości największa pozytywna niespodzianka tego roku. Gdyby bowiem przed seansem ktokolwiek zapewniał mnie, że ten film mnie zachwyci do tego stopnia, iż przez cały czas trwania pokazu będę siedział przed ekranem w stanie, który mogę porównać co najwyżej do pogrążenia w przepięknym śnie, z którego nie chcesz się obudzić, pewnie uznałbym go za osobę niespełna rozumu. Wydawało mi się to wszak równie realne jak wizja dobrego polskiego horroru ( „Utopiec” się niestety, mimo iż brzmi zachęcająco i sam chętnie bym go zobaczył, nie liczy. Zresztą trudno się dziwić. Przecież to od początku do końca wymyślona przeze mnie „fikcja literacka”. Udany prima aprilisowy bluff.). Bo jak by to wyglądało gdybym ja- nieskrywany fan mrocznego, krwawego kina obdarzonego frenetycznym montażem i niesłychanie zwichrowaną fabułą- miał zainteresować się na pozór zwyczajną biografią (czyli konwencją, którą tak na marginesie darzę równie wielką estymą jak, wspominane wczoraj „found footage”) jakiegoś podrzędnego grajka, o którym nigdy nawet nie słyszałem. Ba! Idąc na wczorajszy pokaz (stanowiący tak swoją drogą inaugurację tegorocznej edycji cyklicznych plenerowych seansów filmowych w ramach akcji „Lato w Mieście, której od kilku lat jestem, jak zdążyliście pewnie zauważyć, wiernym widzem) miałem w głowie ułożoną gotową notkę o tym z jak bardzo przeciętnym obrazem mamy tu do czynienia i rozwodzącą się nad kryteriami przyznawania nagród Amerykańskiej Akademii Filmowej. Kryteriami, które sprawiły, iż takie dzieło dostało Oscara za najlepszy dokument a kilka lat temu absolutnie genialne „Wyjście przez sklep z pamiątkami” musiało obejść się smakiem (Mówcie co chcecie, ale nadal uważam (i już chyba nic tego nie zmieni), że fakt nie przyznania Banksy'emu bezapelacyjnie zasłużonej stauetki było popisem konformizmu, tchórzostwa oraz jedną z większych wpadek w historii oscarowej gali). Szybko okazało się jednak, że cały przygotowany tekst nadaje się wyłącznie do kosza. 

Już od pierwszej bowiem sceny, kiedy tylko usłyszałem hipnotyczny głos tytułowego „Sugar Mena” i, niczym „Katrina” w Nowy Orlean, uderzyły we mnie słowa jego piosenek (które, tak na marginesie są niesamowicie chwytliwe i praktycznie same, zupełnie niezauważalnie robią klimat, „wkręcają się” w głowę i chce się do nich wracać nawet po seansie. Jeżeli więc te utwory są rzeczywiście dziełem Sixto Rodriqueza, czyli bohatera tego obrazu, to kompletnie nie rozumiem dlaczego nie zdobył on popularności. Przecież jego twórczość to towar naprawdę wysokiej jakości. Tymczasem jeśli wierzyć twórcom w ojczyźnie w Stanach Zjednoczonych, Rodriquez był postacią niemalże anonimową (przynajmniej do momentu premiery „Sugar Mena”). Zaskakujące może być natomiast co innego. Z jakiegoś powodu jego muzyka pokochano w RPA, w którym (zgodnie z tym co podano w filmie) ma on status wyższy niż Elvis Presley i sprzedano (według szacunkowych wyliczeń) ponad pół miliona jego płyt. Wow! Aż nasuwa mi się na myśl jeden z moich ulubionych cytatów z serialu „Lost”, który pozwolę tu sobie zacytować: „Przeznaczenie to kapryśna suka” ) wiedziałem, iż muszę przewartościować swoje założenia o 180 stopni. Że ten seans, który tak źle się przecież zapowiadał, dowiedzie, iż tym razem Oscar trafił we właściwe ręce. Film szwedzkiego reżysera to dysponujący niebywałym urokiem, niegłupi i pomysłowo zrealizowany obraz, który (mimo swojej niezbyt obiecującej tematyki) ani przez chwilę nie nudzi ale intryguje i wciąga niczym świetna „Iluzja” (szczególnie jeśli chodzi o wątek całej tej szeroko zakrojonej akcji ustalenia tożsamości naszego bohatera, którą śledzi się z podobnym napięciem jak to, które towarzyszy czytaniu kryminałów Agathy Christie albo oglądaniu starych filmów szpiegowskich).

Podsumowując. Absolutnie zachęcam was abyście, jeżeli jeszcze tego nie zrobiliście i macie taką możliwość, sięgnęli po „Sugar Men”. To naprawdę dobry film, który na długo zapada w pamięć. I nie ma co się obawiać. Zapewniam, że skoro wchłonął on całkowicie nawet takiego sceptyka jak ja, to i wam na pewno się spodoba.

OCENA: 9/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci