Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"The Dyatlow Pass Incident" (2013) czyli found footage potrafią być interesujące

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

 DPI

Reżyseria: Renny Harlin

Scenariusz: Vikram Weet

Gatunek: Thriller

Już nawet nie liczę który to już raz przychodzi mi napisać, że tkwiący w fabule potencjał nie został właściwie wykorzystany. W tym przypadku jednak boli mnie to tym bardziej, że choć mamy do czynienia z całkiem dobrą produkcją (znacznie lepszą, niż można by się było spodziewać po ocenach chociażby na "Filmwebie". Powiem więcej. Dla mnie ten film, obok m.in. "Grave Encounters" i "Last Horror Movie", stanowi elitę najciekawszych paradokumentów ostatnich lat.  Głównie z powodu tego, że tych akurat tytułów nie stworzył Oren Peli, który, w mojej ocenie, jest dla horroru tym, czym dla polskiej polityki był Andrzej Lepper) to, obiektywnie rzecz biorąc, po takim intrygującym i, co najważniejsze, autentycznym temacie ( Przypomnę, że chodziło tu o wydarzenie z 2 lutego 1959, kiedy to w północnej części Uralu, w tajemniczych i do dziś niewyjaśnionych okolicznościach, zginęło dziewięcioro uczestników studenckiej wyprawy uralistycznycznej (nie wiem jak ich w sumie nazwać, ale alpinistycznej czy himalaistycznej  nie bardzo tu pasuje)) i w miarę utalentowanym reżyserze (Bo Renny Harlin, nawet mimo faktu, iż ostatnio przeżywał w swojej karierze słabiutki okres, to jednak już kilka razy pokazał, że stać go na wiele i jest twórcą chociażby świetnych "Łowców Umysłów") można było spodziewać się nawet tego, że "Dyatlow Pass Incident" może być wydarzeniem na skalę co najmniej porównywalną z rewelacyjnym "Piknikiem pod Wiszącą Skałą". Dlaczego więc tak się nie stało? 

No cóż. Pewnie dlatego, że zdecydowano się na, wspomnianą tu już, niewiarygodnie ostatnio modną stylistykę found footage, której osobiście kompletnie nie trawię. Ja rozumiem, że dla filmowców takie produkcje to czysty zysk jako, że kręci się je relatywnie szybko i niesłychanie tanie ( wiem co mówię, bo jak zapewne pamiętacie, sam mam na tym polu małe doświadczenie w postaci krótkometrażowego "Devil's Project") oraz wiem, że zdarzają się tytuły (takie jak m.in. "Grave Encounters" czy "Europa Report"), których twórcy potrafią wykorzystać możliwości jakie daje im ta konwencja. Nie mogę jednak przejść do porządku dziennego nad tym, że cała resztą wytworów tego trendu (zapoczątkowanego tak na dobrą sprawę sławetnym "Blair Witch Project"), produkowana dziś praktycznie w ilościach hurtowych, działa na mnie usypiająco lepiej niż słuchanie przemówień na XX zjeździe KC PZPR a wszystkie zarzuty, które kieruję w stronę  "Dyatlow Pass Incident" (Takie jak słaba gra aktorska, masa scen prowadzących donikąd, postacie bez jakichkolwiek śladów osobowości, leniwe tempo akcji, opieranie strachu głównie na jump scenkach czy spoilerowanie własnego zakończenia) można by było skopiować i umieścić w recenzji dowolnego innego reprezentanta tego podgatunku bo wszystkie cierpią na te same przypadłości. 

W tym momencie muszę powiedzieć coś co pewnie was zaskoczy (Szczególnie, że po akapicie poświęconym pisaniu jakie złe i wtórne są dzieła zrealizowane w konwencji found footage. Jednak w końcu musiało dojść do tego, iż wytłumaczę dlaczego moja ocena jest dość wysoka). Otóż w trakcie oglądania "D.P.I" zrozumiałem jedną bardzo ważną rzecz. Takich filmów nie można traktować jak normalnych produkcji. W atmosferę serwowaną przez twórców trzeba się bowiem wczuć, wysilić wyobraźnie, przestać zauważać wady i rozkoszować się intrygującym klimatem (Co w tym akurat wypadku mi się udało i dlatego mogłem napisać, że jestem usatysfakcjonowany, a sam obraz uznaję za jeden z najciekawszych paradokumentów ostatnich lat). To oczywiście absolutnie nie oznacza diametralnej zmiany moich zapatrywań i przemianowania tego bloga na "Paradokumenty okiem bagiennika". Nie dojdzie też, a przynajmniej mam taką nadzieję, do pisania peanów pochwalnych i twierdzenia, że mamy tu do czynienia z najwybitniejszą produkcją roku (Nadal niezagrożonym liderem jest na tym polu "Spring Breakers"). Chcę po prostu zauważyć, że "Dyatlow Pass Incident" to, mimo wszelkich wad i niedoróbek,  zaskakująco solidna, emocjonująca i niezaprzeczalnie pomysłowa (szczególnie sposób w jaki wpleciono do fabuły tzw. "Eksperyment Filadelfijski" i kwestię tajnych wojskowych operacji) produkcja, która zdecydowanie potrafi zainteresować. 

Podsumowując. Powiecie pewnie, że przesadzam. ale w mojej ocenie "Dyatlow Pass Incident" to kawał porządnie zrealizowane kino, po które zdecydowanie warto sięgnąć mimo jego rozlicznych niedociągnięć.

OCENA: 7/10 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci