Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"World War Z" (2013)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

WWZ

Reż: Marc Forster

Przyznam, że po dzisiejszym pokazie nie oczekiwałem zbyt wiele. Ot po prostu uznałem, iż warto skorzystać z letniej promocji i przejść się do kina na absolutnie przypadkowy seans (Mało brakowało więc abym wylądował na „Pacific Rim”. Na szczęście w porę się zorientowałem, że chyba jestem już za stary aby czerpać przyjemność z oglądania starcia wielkich robotów z kosmicznymi potworami. Nawet jeśli za całość odpowiada tak zdolny twórca jak Guillermo del Toro). Bo odpowiedzcie sobie sami: Czy można było spodziewać się czegokolwiek dobrego po obrazie, którego produkcja przechodziła przez takie perturbacje jakie stały się udziałem „World War Z”? (Genialny „Czas Apokalipsy” się nie liczy) Przypominam, że z planu tego filmu niemal codziennie dostawaliśmy informacje o kolejnych zmianach personalnych, dokrętkach, wymuszoną przez Pitta kompletną zmianę tonacji zakończenia (które pierwotnie miało być podobno, zgodnie z klimatem książki Maxa Brooksa (Przyznaję, że książkowego pierwowzoru nie czytałem, ale kiedyś wpadł mi w ręce fantastyczny „Zombie Survival” tegoż autora, więc mniej więcej wiedziałem „z czym to się je”), zdecydowanie bardziej pesymistyczne i mroczniejsze. Być może nawet podobne do tego, jakie dostaliśmy w „Nocy Żywych Trupów” Georga Romero. Tego się już chyba jednak nie dowiemy. No chyba, że wzorem dajmy na to „Scott Pilgrim vs. The World” zostanie ono umieszczone jako dodatek na płycie DVD) znacznym przekroczeniu budżetu (Mówi się nawet o tym, że podobno wydano dwukrotnie więcej niż 200 milionów dolarów, oficjalnie deklarowane jako finalny koszt produkcji) czy w końcu o kłótni między reżyserem (Markiem Forsterem, w którym upatrywałem jedynej szansy na powodzenie tej pozycji. Bądź co bądź jest to człowiek który nie popełnił jeszcze jakiegoś wyjątkowego gniota (poza oczywiście słabym „Quantum of Solace”, któremu chyba będę musiał jednak dać w przyszłości jeszcze jedną szansę bo czuję, że patrzę na niego przez pryzmat poprzedzającego go kapitalnego „Casino Royale”.) a odpowiadał za tak dobre dzieła jak „Stay” czy „Przypadek Harolda Cricka”) i największą gwiazdą tego filmu czyli Bradem Pittem. Kłótni, której rezultatem było to, że panowie przestali ze sobą rozmawiać a wszelkie uwagi wymieniali za pomocą karteczek. Ba! Przecież cały czas nad tym projektem cały czas, niczym mityczny miecz Damoklesa wisiała groźba anulowania i długo nie było wiadomo czy i w jakim kształcie zostanie on ukończony. Tylko usiąść i płakać. Albo strzelić sobie w łeb. Ponawiam więc pytanie: Czy można było spodziewać się, że ten film nie będzie gigantyczną katastrofą? Moim zdaniem nie. A jednak wspominanemu tu już Forsterowi jakimś cudem udało się tego uniknąć.

 

Nie zrozumcie mnie źle. Stworzoną przez niego opowieść o epidemii zombie na prawdziwie biblijną skalę trudno, zwłaszcza pod względem fabularnymm nazwać dziełem stuprocentowo udanym, klimatycznym czy chociażby wyjątkowo angażującym (przy bohaterach szczególnie drugoplanowych, którzy pojawiają się tylko na chwilę (tak jak przy wątku z tym całym naukowcem) a ich motywacja i osobowość są tylko delikatnie zarysowane jakakolwiek więź emocjonalna z widzem wydaje się być wręcz mission imposible. Nawet sam Brad Pitt, który tyle razy udowadniał, że jest naprawdę dobrym aktorem wypada tu wyjątkowo słabo i bezbarwnie) a wszelkiego rodzaju scenariuszowe niedoróbki i dziury fabularne wynikające z ciągłych przeróbek czy zmian koncepcji są widoczne jak murzyn na zlocie Ku-Klux-Klanu ( Nawet nie będę pastwił się nad, na siłę optymistycznym w mojej opinii, zakończeniem. Ale do tej pory nie wiem jaki był cel np. we wprowadzeniu takich postaci jak grany przez Davida Morse'a agent CIA (chyba najlepsza kreacja w całym filmie. Szkoda tylko, że miał do zagrania tylko góra pół minuty i powiedzieć kilka słów, które w ostatecznym rozrachunku okazały się nie mieć praktycznie żadnego znaczenia. Postać ta wydawała się bowiem posiadać potencjał na zdecydowanie więcej i mogła być równoprawnym partnerem dla naszego protagonisty) czy wspomnianego już naukowca z Oxfordu (rzekomego specjalisty od wirusów z Oxfordu), którego jedynym dokonaniem była śmierć w wyjątkowo kuriozalnych okolicznościach mniej niż minutę po pojawieniu się na ekranie) przypominając raczej „dziecko” doktora Frankensteina niż pełnoprawny produkt. Trzeba jednak sporego talentu by z takich elementów sporządzić zjadliwe danie, które nie skłania do skoczenia z mostu zaraz po seansie. Obraz, który jeśli chodzi o widowiskowość kilku scen akcji, W tym mojego ulubionego momentu tankowania samolotu w deszczu na koreańskim lotnisku (Może mało w nim było zombie, w porównaniu na przykład do późniejszego Izraela, ale był mrok, był klimat i „to coś” co przypominało, że nominalnie mamy tu do czynienia z horrorem a nie jakimś mało udanym klonem Resident Evil, tylko zastąpiono ratującą w pojedynkę świat przed zagładą Milę Jovovich na robiącego dokładnie to samo Brada Pitta. Aż chciałem sprawdzić czy tego filmu nie wyreżyserował przypadkiem Paul W. S. Anderson.) czy stronę techniczną (szczególnie mam tu na myśli kapitalny motyw przewodni, będący w istocie przeróbką piosenki Muse, po którym miałem autentyczne ciarki na plecach i stał się on moim nowym dzwonkiem na komórkę) to „World War Z” przemówiło do mnie zdecydowanie bardziej niż chociażby tegoroczny „Człowiek ze Stali”.

 

Podsumowując. Filmów o żywych trupach powstało już całkiem sporo i do tego w najrozmaitszych konwencjach. Od mrocznych i poważnych obrazów pokroju „Nocy Żywych Trupów” czy „Zombie Flesh Eaters”, poprzez nowatorski jeśli chodzi o pochodzenie nieumarłych „Pontypool”, aż po prześmiewczy „Wysyp Żywych Trupów” Ba! Nawet w tym roku mieliśmy już przecież do czynienia ze świetnym „Warm Bodies” (Który jednak jest takim „zombie erzacem” „Zmierzchu” i w mojej opinii znacznie ustępuje „World War Z” pod każdym możliwym względem(choć ocenę będą chyba miały dość podobną. What a twist!). Ciężko będzie więc obrazowi Marca Forstera przejść do historii gatunku. Jednak to wcale nie znaczy, iż rację mają malkontenci wszem i wobec wieszczący z jak beznadziejnym tytułem mamy tu do czynienia. Łatwo bowiem jest dołączyć do tłumu i krytykować. Zdecydowanie trudniej przychodzi powiedzieć, że czerpało się frajdę z seansu (Szczególnie, że na wielkim ekranie ten film prezentuje się doprawdy imponująco). Zresztą. Czy jakakolwiek produkcja, która ma w sobie zombie może być zła? Przecież powszechnie wiadomo, że „Są zombie, jest zabawa!”

 

OCENA: 7/10

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci