Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Cosmopolis" (2012)

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Cosmopolis

Reżyseria: David Cronenberg

"Jednostką obiegową stał się szczur" Z. Herbert

Kiedy w ubiegłym roku usłyszałem pierwsze informacje o tym filmie muszę przyznać, że byłem w szoku. Oto David Cronenberg mistrz kina bardzo niekomercyjnego, człowiek spod którego wyszły takie produkcje jak m.in. świetne "eXistenZ"(Swoją drogą mam wrażenie, że chyba tylko mnie się to dzieło podobało bo gdzie nie spojrzę widzę na jego temat negatywne opinie. Ale ja swojego zdania na jego temat nie zamierzam zmieniać) oraz ojciec kina "cielesnego rozkładu" nakręcił produkcję, w której głównym bohaterem i niejako kołem zamachowym fabuły uczynił idola współczesnych nastolatek Roberta Pattinsona czyli zrobił rzecz tak komercyjną i tak daleką od swojego dotychczasowego wizerunku że bardziej już się nie da! Pomyślałem sobie "No cóż! Staruszek najwyraźniej oszalał i, jak Roland Joffe "Sadystą", postanowił strzelić sobie niezwykle efektownego samobója" i obiecałem sobie nigdy tej produkcji nie oglądać, żeby nie psuć sobie dobrego wizerunku i szacunku do tego wielkiego twórcy. I pewnie bym wytrwał w swym postanowieniu (zwłaszcza, że ten film nie zrobił w kinach jakiejś strasznie imponującej kariery a wiele osób uważa go wręcz za najgorszy obraz ubiegłego roku. Zresztą zupełnie się temu nie dziwię. Skoro bowiem nawet ktoś taki jak ja (osoba, która obejrzała już wiele kuriozalnych pozycji i była święcie przekonana, że nic już jej nie zaskoczy) czuje się przy tym dziele zagubiony jak tupolew w smoleńskiej mgle to co ma powiedzieć widz, który nie gustuje w obrazach, które nie ukrywają ambicji, zmuszają do myślenia oraz usiłują oddać rozedrganie współczesnych czasów) gdyby nie to, że dziś zupełnym przypadkiem i raczej z przymusu obejrzałem go u znajomych, którzy zachwalili go jako coś niezapomnianego (Jednakże musicie wiedzieć jedno. To są ludzie pozujący na snobów dla których tylko niemy film z Afganistanu o umierającym przez dwie godziny człowieku na pustyni byłby szczytem wyrafinowanego kina) 

I po seansie muszę powiedzieć jedno. Kompletnie nie wiem co mam myśleć na temat tej produkcji i posiadam autentyczny problem z wystawieniem oceny adekwatnej do prezentowanego poziomu. Nie wiem czy zamącenie przekazu od początku było zamiarem reżysera ( jeśli tak, to należy mu pogratulować, bo zdecydowanie udało mu się zrealizować swój cel), czy też może do pełnego zrozumienia serwowanej nam treści należy przed seansem zapoznać się z książką Dona DeLilo, stanowiącą podstawę scenariusza ( Żeby się o tym wypowiedzieć musiałbym ją bowiem najpierw przeczytać a tego jeszcze nie zrobiłem. Choć biorąc pod uwagę okoliczności i fakt, że bez jej znajomości najwyraźniej nie da się zrozumieć filmu będę musiał kiedyś po nią sięgnąć. Swoją drogą takie rozwiązanie jest niezwykle oryginalnym i całkiem perwersyjnym pomysłem, zważywszy na fakt, iż „Cosmopolis” miało być rzekomo jej ekranizacją skierowaną do ludzi, którzy nigdy po nią nie sięgnęli i sięgać raczej nie mają zamiaru a do obejrzenia tego obrazu zachęciła ich obecność w obsadzie aktora którego największym osiągnięciem było zagranie wampira- obiektu miłosnych westchnień bohaterki kiczowatego „Zmierzchu”.)

Z jednej strony nie żałuję, że obejrzałem bo to całkiem nieźle wykonana produkcja (Choć chyba jednak wolę Cronenberga z czasów drapieżnych robiącego kino jakie mu najlepiej wychodzi, a od jakiego teraz próbuje tak rozpaczliwie uciec, czyli brutalne, mroczne, niepokojące i swoim zakręceniem robiące z mózgu jajecznicę zamiast bawić się w tanie filozofowanie, w którym wyraźnie nie czuje się najlepiej. Dobrzem, że dawną robotę ojca kontynuuje w tej chwili jego syn Brandon, autor świetnego „Antiviralu”, który notabene polecam bo do złudzenia przypomina czasy kiedy nazwisko Cronenberg było niejako synonimem zwrotu „dobre, wyraziste kino autorskie”.) i na pewno o wiele bardziej ambitny niż większość filmów jakie obejrzałem od dłuższego okresu czasu, gra aktorska jest bardzo dobra (Nawet Pattinson, jak na swoją reputację, radzi sobie zadziwiająco dobrze i udowadnia, że choć nie jest może aktorem, który zapisze się złotymi zgłoskami w annałach i znajdzie swe miejsce obok takich sław jak Jack Nicholson, Marlon Brando czy Michael Fassbender to jednak pokazał, że grać potrafi a jego obsadzenie w tym filmie było całkiem udanym zabiegiem) ścieżka dźwiękowa przypomina robotę wykonaną przez Trenta Reznora przy okazji znacznie lepszego dzieła, jakim niewątpliwie był „Social Network”.

Z drugiej jednak strony ten film niewątpliwie trzeba nazwać spektakularną porażką tego wielkiego reżysera. Mam bowiem wątpliwości czy naprawdę nie dało się pokazać tej historii w jakiejś przystępniejszej dla potencjalnego widza formie I czy Cronenberg, będąc w pełnii swych mocy twórczych zaserwował by nam istną drogę przez mękę, która w miejsce angażującej akcji (w jakikolwiek sposób) i wyrazistości oferuje wyłącznie potok słów, które wydają się kompletnie nie mieć znaczenia i najzwyczajniej w świecie nudzą. Nie wiem jak to jest w książce Dona DeLillo stanowiącej materiał źródłowy ale to może być pewien trop.

 Muszę bowiem z całą mocą stwierdzić, że to co w literaturze stanowiło najwyraźniej jakąś wartość słabo zniosło przełożenie na ekran i spowodowało, że mamy tu zdecydowanie zbyt dużo scen, które donikąd nie prowadzą i są tylko okazją do wypowiadania przez bohaterów swoich "głębokich" mądrości. (Jest to jednak o tyle dziwne, że przecież mówimy o twórcy, któremu udała się w swoim czasie sztuka przeniesienia na taśmę filmową, z całkiem dobrym zresztą skutkiem,  "Nagiego Lunchu" czyli powieści uznanej powszechnie za rzecz "nie do sfilmowania". Świadczyć to może tylko o tym, iż Cronenberg się wypalił i chyba powinien dać sobie spokój z dalszym kręceniem filmów bo jego diagnozy dotyczące kondycji współczesnego człowieka (Czy nawet, tak jak ma to miejsce w „Niebezpiecznej Metodzie”, ludzkości w ogóle)są pozbawione tej wyrazistości , agresywności i mocy oddziaływania, jaką przesycone były chociażby „ExistenZ”, „Nagi Lunch” czy „Videodrome”). Weźmy na przykład taką scenę kiedy Pattinson z jakimś swoim kolegą rozmawiają o ciężarnych rosyjskich szczurach i potem następuje nachalne pokazanie nam widoku kobiety, która przed oknami limuzyny wymachuje martwym szczurem.  Aż chce się zakrzyknąć "Symbolizm!".

I nie zarzucajcie mi, że nie lubię kina opartego na dialogu i nie fabularności, które przecież potrafi że kino mieć swój urok i być całkiem interesujące. Nie musicie do tego przekonywać kogoś kto w gronie swoich ulubionych reżyserów wymienia Jima Jarmusha, który jednoznacznie pokazuje jak to się powinno robić a jego filmy takie jak "Kawa i papierosy" czy "Truposz" chyba nigdy mi się nie znudzą! Ponadto za rewelacyjne produkcje uważam przecież "Dym" i "Brooklyn Boogie" w reżyserii Paula Austera oraz całą twórczość Kevina Smitha i Quentina Tarantino (Tak! Nawet "Death Proof"!). Zawsze musi być jednak jakikolwiek punkt, o który można zaczepić uwagę a tutaj tego, przy całym szacunku, zabrakło. Pozostał tylko pretensjonalny bełkot. 

Podsumowując. A ja biedny myślałem, że to "Wkraczając w pustkę" jest filmem trudnym w odbiorze. Dzieło Gaspara Noe, nawet przy całym emanującym z niego chaosie i frenetycznym montażu, w skutek porównania go do "Cosmopolis" jawi się jako wciągająca, logiczna historia, która do pięt nie dorasta wrażeniu kompletnego zagubienia, jakie pozostaje w głowie po seansie dzieła Davida Cronenberga. Co najgorsze osiągnięty przez kanadyjskiego reżysera efekt nie wydaje się być zamierzony co tylko umacnia mnie w przekonaniu, że powinien on dać sobie spokój z dalszym kręceniem filmów.    

OCENA: Naciągane 6/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci