Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Tylko Bóg Wybacza {Only God Forgives} (2013) czyli to nie jest drugi "Drive"

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami!

OGF

Reżyseria: Nicholas Winding Refn


Przyznaję się uczciwie. Aż do tej chwili miałem w planie obejrzeć dziś zupełnie inny film. (Konkretnie dwa, ale na "Dom w głębi lasu" już kiedyś poświęciłem trochę miejsca więc nie mam ochoty się powtarzać. Tym bardziej, że przecież nic nowego bym nie napisał). Chciałem mianowicie zabrać się w końcu za widowiskową "Niepamięć", która nie znajdowała się na mojej liście "najbardziej oczekiwanych produkcji roku" (co w sumie, jeśli spojrzeć na to, że aktualnych liderów zestawienia najlepszych moim zdaniem filmów roku czyli "Spring Breakers" i "Stokera" również na niej nie było, nie za dobrze świadczy o mojej zdolności przewidywania przyszłości) i dopiero całkiem przypadkiem obejrzany zwiastun (w kinie, przed seansem "Martwego Zła") przekonał mnie, że chyba warto będzie się zainteresować bo szykuje się całkiem ciekawe kino.


Jednak dzieło Josepha Kosinskiego znów będzie musiało poczekać na swoją kolej bo wszystkie plany uległy natychmiastowej dezaktualizacji, kiedy tylko doszedłem do wniosku, że skoro najnowsza produkcja Nicholasa Windinga Refna (twórcy rewelacyjnego "Drive", który bez wątpienia był jednym z najlepszych filmów 2011) od czasu swojej premiery (przypominam, że podczas tego wydarzenia, odbywającego się w ramach festiwalu w Cannes obraz ten został wygwizdany. Czyżby więc Refn okazał się skandalistą dorównującym Larsowi Von Trierowi i Gasparowi Noe? Nie! To byłoby zbyt proste.) zdołała wzbudzić skrajnie różne opinie i podzielić widzów na zagorzałych zwolenników (chwalących olśniewającą stronę wizualną) i zapiekłych przeciwników (zarzucających reżyserowi przerost formy nad treścią) to znaczy, że nadeszła pora samemu się z nią zmierzyć i wyrobić sobie własną opinię.


Bo choć oczywiście mógłbym pójść na łatwiznę i bez oglądania napisać, że już sama polaryzacja stanowisk świadczy o tym, że mamy tu do czynienia z dziełem wybitnym. Czuję jednak, że nie byłbym rzetelny jako recenzent gdybym tak postąpił. Tym bardziej, że jak zapewne pamięcie wyznaję dewizę, że aby o jakimś filmie mówić najpierw trzeba go obejrzeć. Nie uchylałem się więc przed podobnie kontrowersyjnymi produkcjami takimi jak chociażby sławetny "Serbski Film" czy ubiegłoroczny "Big Love". (Prawdę powiedziawszy, to jak na razie chyba tylko "Pluję na twój grób" dostarczyło mi powodów bym żałował swojej decyzji).


Ale może powróćmy do tematu. Bo przecież weszliście w ten temat by moją opinię o "Tylko Bóg Wybacza" a nie po to by być zmuszonym do czytania jakiś smętów, które tylko w luźny sposób wiążą się z dziełem Nicholasa Winding Refna prawda? 


No cóż! Zacznę może od tego, że naprawdę rozumiem ludzi, którzy uważają "Only God Forgives" za wydmuszkę, barwny teledysk czy po prostu zwykłe b-klasowe kino akcji ( W końcu nie oszukujmy się. Główny motyw tego obrazu czyli krwawa zemsta za śmierć brata jest niczym więcej jak tylko powieleniem wszystkich, najbardziej wyświechtanych schematów wykorzystanych w 90% takich produkcji) dla niepoznaki ubranych w niezwykle wytworne wizualnie szaty mające, przynajmniej w zamierzeniu twórcy nadać mu pozory intelektualnej głębi i zapewnić status kina artystycznego ale zamiast tego świadczące o rozbuchanej do granicy przytomności pretensjonalności, której nie powstydziłby się David Lynch (mimo, że naprawdę go cenię jako reżysera to trzeba powiedzieć, że jego filmy często sprawiają wrażenie jakby maksymalne zagmatwanie fabuły nie służyło niczymu i było dla niego wyłącznie "celem samym w sobie") czy Terrence Mallick. Ba! Sam dostrzegam przerost formy nad treścią, niezbyt przekonującą grę aktorską naszego protagonisty ( Nie była to jakaś dramatycznie źle zagrana rola. Po prostu po tak dobrym aktorzem, jakim w mojej ocenie (i myślę, że nie tylko moim) jest Ryan Gosling (co zresztą wielokrotnie zaprezentował, choćby we wspomnianym tu już dziś, "Drive" czy w kapitalnym "Zostań" Marca Forstera) można się było spodziewać znacznie więcej. Gwoli ścisłości dodam jednak, że jego słabszą dyspozycję można również zrzucić na karb tego, iż na pierwszy plan zdecydowanie wysuwa się tu Kristin Scott Thomas, która zdominowała ekran swą kapitalną kreacją i nie zostawia nawet skrawka miejsca, na którym inni aktorzy mogliby popisać się swoimi umiejętnościami) oraz dość nieśpieszne tempo akcji, które może wywoływać wrażenie nudy (skądinąd podobnie było przecież w poprzednim dziele tego reżysera więc dało się przewidzieć, że i tym razem będzie podobnie).


Z drugiej jednak strony muszę stwierdzić, że duńskiemu twórcy po raz kolejny udało się stworzyć dość wciągającą, hipnotyzującą i niezmiernie interesującą produkcję, po obejrzeniu może ciężko mi powiedzieć o czym to właściwie było (Jeśli wierzyć opisowi umieszczonemu na Filmwebie była to historia Juliana, który uciekając przed brytjską policją trafia do mieszczącego się w Bangkoku klubu z tajskim boksem służącym jako przykrywka dla nielegalnego handlu narkotykami. Julian jest poważany w półświatku, ale podświadomie czuje , że czegoś mu w życiu brakuje. Wówczas na jego drodze staje emerytowany gliniarz o ksywie Anioł Zemsty) jednak mogę bez trudu sformułować swoje odczucia w kwestii tego czy film mi się podobał czy nie. 


Chyba bowiem każdy, kto miał możliwość choćby przez sekundę obcować z tą produkcją przyzna wykonana została ona w sposób graniczący niemalże z czystą perfekcją. Że pod względem dostarczania wrażeń wzrokowych, w dodatku idealnie zgranych z ambientową ścieżką dźwiękową Cliffa Martineza absolutnie zniewala (Choć ja podczas oglądania tych oszałamiających obrazów serwowanych nam przez odpowiedzialnego za zdjęcia Larry'ego Smitha (utalentowanego operatora, który wcześniej m.in. współpracował z Refnem przy "Bronsonie" (Tak na marginesie dodam, że muszę w końcu obejrzeć ten produkt) oraz dołożył swą małą cegiełkę do "Oczu szeroko zamkniętych" Stanleya Kubricka) czułem się jakbym obcował z którymś z poschizowanych i enigmatycznych wytworów zwichrowanej wyobraźni, przywoływanego już przeze mnie, największego współczesnego surrealisty czyli Davida Lyncha (szczególnie te sugestywne "czerwone pokoje". Motyw, który od czasu "Twin Peaks" kojarzy mi się tylko w jeden sposób)  lub jakbym po raz kolejny "wkroczył w pustkę" wraz z Gasparem Noe). Gdyby zatem brać pod uwagę wyłącznie ten aspekt  i przyjąć, iż ten film prezentuje się obłędnie a z tegorocznych propozycji pod względem wizualnym konkurować z nim może co najwyżej wysmakowany "Stoker" to niewątpliwie trzeba byłoby postawić absolutnie zasłużoną dziesiątkę. Aż szkoda, że nie udało mi się obejrzeć tego wszystkiego w kinie, bo coś czuję, iż wówczas moje wrażenia byłyby jeszcze lepsze (Ale cóż! Jak się jest osobą tak leniwą jak ja, której nie chce się w odpowiednim czasie ruszyć z domu, to potem można tylko żałować.)


Podsumowując. Choć "Tylko Bóg Wybacza" nie dostarczył mi aż tak wielu powodów do satysfakcji jak genialny "Drive" i choć nie mogę go polecić każdemu to jednak muszę powiedzieć, że dla mnie jest on jedną z najlepszych produkcji jakie widziałem w tym roku. A Nicholas Winding Refn absolutnie pozostaje w mej ocenie jednym z najbardziej obiecujących reżyserów, na którego obrazy absolutnie warto będzie czekać bo stanowią prawdziwą ucztę kinomana.  


OCENA: 8/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci