Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Zombi 2" a.k.a "Zombie Flesh Eaters" 1979

bradesinarus

Porzućcie wszelkie nadzieje, wy którzy tu wchodzicie!

Zombie2

Jest rzeczą oczywistą, że każdy kinomaniak ma swojego konika. Swoją ulubioną tematykę, którą może oglądać o każdej porze dnia i nocy. Dla jednych widzów będą to np. zrealizowane w czarno-białej kolorystyce głębokie i niesłychanie pretensjonalne opowieści o dylematach moralnych żydowskich gejów ateistów na prowincji (Tendencja szczególnie widoczna przy okazji ceremonii wręczania wszelkiego rodzaju nagród filmowych (No chyba, że mówimy o moim podsumowaniu roku.). Dla innych proste jak konstrukcja cepa akcyjniaki z Sylwestrem Stallone, Jeanem Claudem Van Dammem czy innym tego typu geniuszem aktorstwa. Jeszcze inni (Czasami sam się do tej kategorii zaliczam) uwielbiają kiedy obrazy są tak zakręcone i pogięte, że pośród bawienia się formą i przepięknej strony wizualnej nierzadko gubi się gdzieś fabuła. W moim przypadku, jak zapewne zauważyliście (A po raz kolejny muszę przypomnieć, że nie jest to chyba takie trudne. Szczególnie zważywszy na fakt, iż wyrażałem swoje uznanie "otwartym tekstem") takim wabikiem (zaraz obok seryjnych morderców i szpitali psychiatrycznych) najczęściej są Zombie.

Sam nie wiem co takiego mają w sobie żywe trupy, jaki niezaprzeczalny urok sprawiający, że mogę je oglądać pod wszelkimi możliwymi postaciami i w najprzeróżniejszych wariacjach (nawet kiedy, tak jak ma to miejsce w tegorocznym "Warm Bodies", są one przedstawione jako pozbawione "pazurów", poszukujące miłości zakały, będące dla swojej rasy niemal dokładnie tym, czym Edward ze "Zmierzchu" był dla wampirów), prezentują, ale przyznaję, że wystarczy, że podczas trwania danego dzieła nieumarli pojawiają się choćby na moment i już jestem kupiony. Ocena natychmiast wędruje w górę a z całego seansu czerpię niekwestionowaną przyjemność (W sumie to aż dziwne, że przy takim nastawieniu do tej pory nie zabrałem się za serial "The Walking Dead"). Należy więc postawić sobie jedno pytanie: Dlaczego przy takim nastawieniu tak długo zwlekałem z obejrzeniem "Zombi 2"? Dlaczego zabrałem się za niego dopiero teraz, w ramach przygotowywania, wspominanego przy okazji recenzji "Nocy Żywych Trupów", rankingu najlepszych filmów o Zombie.

Jest to przecież nieomal niewybaczalne posunięcie. Szczególnie, że mamy tu do czynienia z produkcją niewątpliwie kultową, stanowiącą jednego z najlepszych przedstawicieli swojego gatunku (Odważę się nawet na dość kontrowersyjne twierdzenie, że jest to chyba nawet ciekawszy zombie movie, przynajmniej w mojej ocenie, niż zrealizowana przez George'a Romero "Noc Żywych Trupów". Bo choć trzeba dziełu amerykanskiego reżysera oddać to, że to od niego rozpoczęło się przecież szaleństwo pożerających mięso truposzy jednak Fulci zrealizował według mnie znacznie lepszy i bardziej wciągający obraz) i o sporym wpływie na rozwój całego gatunku. Jednego z tych tytułów, które fan kina grozy powinien znać, jeśli nie chce uchodzić za dyletanta.  

Myślę, że sporą rolę w tym, że nie bardzo śpieszyłem się z seansem odegrał fakt, iż od czasu obejrzenia, tak swoją drogą bardzo dobrego, "Cannibal Holocaust" wiem, że do panującego we włoskim kinie grozy lat siedemdziesiątych paradygmatu objawiającego się m.in przesadną brutalnością (zwłaszcza wobec zwierząt), niezbyt szybkim tempem akcji, zupełnie nieumotywanym fabularnie epatowaniem kobiecą nagością (objawiające się choćby poprzez, po raz kolejny w  ostatnim czasie przeze mnie w takiego typu obrazach napotkaną, scenę pod prysznicem. Z drugiej strony  nie powiem jednak żebym na ten aspekt narzekał. Zwłaszcza, że występujące tu kobiety naprawdę mają co pokazać), dość specyficzne i raczej antyklimatyczne momentami wybory oprawy muzyczny (Trzeba przyznać, że mają w tym względzie naprawdę niesamowite pomysły. Kto inny bowiem (I nie liczę tu zdolnych do wszystkiego japończyków), będąc przy zdrowych zmysłach mógłby uznać, że najlepszym tematem przewodnim dla wyreżyserowanego przez Joe D'Amato  "Porno Holocaust" czyli krwawego horroru, który chyba nie miał w zamiarze być parodią tylko stuprocentowym szokerem, będzie coś takiego) oraz dziwaczne sceny (takie jak pojedynek zombie vs. rekin, do którego doszło w omawianym tu dziś tytule) trzeba mieć odpowiednie nastawienie.

Inaczej będzie się dostrzegało wyłącznie kicz (Powód, dla którego po seansie przestałem się dziwić dlaczego ten film znalazł się w gronie "Najgorszych Produkcji Świata" jakie w swoim czasie emitowało białostockie kino "Forum") a nie zwracało uwagi na takie cechy jak np. intrygujący początek (Ciekawe czy tylko mi motyw dryfująca na środku New York Harbor opuszczona żaglówkę wydał się, zaraz obok "Mary Celeste", inspiracją dla twórców tak świetnych produkcji jak "Virus" czy "Trójkąt"), przyzwoita gra aktorska (W przeciwieństwie do, przywoływanej już w tym wpisie "Nocy Żywych Trupów", tym razem żadnemu bohaterowi nie życzę nagłej i gwałtownej śmierci, tak jak to miało miejsce w przypadku Barbry. Tak swoją drogą to muszę dodać, że w głównej roli występuje tu Tisa Farrow czyli siostra Mii Farrow (Niezapomnianej Rosemary Woodhouse z filmu Romana Polańskiego), swoisty wdzięk i niezaprzeczalny urok czy naprawdę dobrze wykonane (jak na posiadane przez filmowców możliwości) efekty specjalne (przede wszystkim mam tu na myśli wysokiej jakości gore, na czele z (nawet dziś rewelacyjnie się prezentującą) scenę z drzazgą i okiem oraz charakteryzację Zombiaków).  

OCENA: 8/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci