Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Blow (2001)

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami!

Blow

Reżyseria Ted Damme


Pozwólcie, że zacznę trochę nietypowo i zanim przejdę do rzeczy, to znaczy opisywania wrażeń po tym jak wreszcie udało mi się obejrzeć wyreżyserowany przez Teda Demme (notabene "Blow" to chyba najsłynniejsze dzieło przedwcześnie zmarłego utalentowanego siostrzeńca Jonathana Demme czyli twórcy genialnego "Milczenia Owiec") świetny film, do którego notabene przymierzałem się od sporego okresu najpierw sobie ponarzekam.

 

Wiem, że to trywialne (w końcu ani nie jestem pierwszą, ani ostatnią osobą, która na ten aspekt narzeka) ale dzisiejszy seans miałem nieprzyjemność doświadczyć za pośrednictwem TVN 7 i niesamowicie drażnił mnie fakt (Szczególnie widoczny w przypadku stacji typowo komercyjnych) nagminnego  przerywania filmu horrendalnie długimi blokami reklamowymi.  Podczas takich nie tylko bowiem nietrudno kompletnie zgubić wątek (Tak swoją drogą to nie tylko kompletnie nie wyobrażam sobie oglądania w tych warunkach takich obrazów jak dzieła Davida Lyncha czy "Memento" które niewątpliwie wymagają pełnej koncentracji uwagi na detalach, ale wręcz mogę zrozumieć dlaczego zanim w końcu zdecydowałem się na seans z płyty, który, jak zapewne pamiętacie, sprawił, że obraz Darrena Aronofsky'ego bardzo mi się spodobał, moje kilkukrotne "podchody" pod "Requiem dla Snu",  zakończyły się niepowiedzieniem i nie byłem w stanie dobrnąć do końca) oraz w zasadzie niemożliwe jest wczucie się w klimat. Ale przede wszystkim można całkowicie zapomnieć, że w ogóle ogląda się cokolwiek innego niż kolejny spot promujący środki na przeczyszczenie czy inny, równie mi w tym momencie niezbędny, produkt.

 

Ale może zamiast skupiać się na niuansach przejdźmy do meritum. Szczególnie, że (jak już zresztą zdążyłem pośrednio wspomnieć) "Blow" naprawdę mi się podobał. Zresztą chyba nie można się temu specjalnie dziwić. Wszak mimo, że nie jestem jakimś wielkim entuzjastą biografii, które z reguły staram się omijać bo od czasu co najwyżej przyzwoitego "Jak zostać królem" (Nadal nie rozumiem jak obraz Toma Hoopera mógł dostać Oscara. Szczególnie, że jego konkurentami były takie arcydzieła jak "Social Network" czy "Czarny Łabędź") kojarzą mi się wyłącznie z koniukturalizmem i przynudzającymi snujami, to muszę przyznać, że kiedy natrafię na umiejętnie zrealizowaną, skrzącą humorem, wciągającą i niezwykle sprawnie opowiedzianą historię to nie pozostaje mi nic innego jak się zachwycić. A "Blow" jest przecież dokładnie takim filmem. Interesującą biografią George Junga(granego przez tak swoją wyglądającego w tym filmie jak Kurt Cobain, Johnny'ego Deppa, którego nieprzeszarżowana kreację, tak różną od tego co ten utalentowany aktor prezentuje dziś, kiedy jego jedynym sposobem ekspresji wydaje się być wyłącznie odgrzewanie kotletów i powielanie w nieskończoność stworzonej przez siebie postaci Jacka Sparrowa w "Piratach z Karaibów", jest, zaraz obok wciągającej atmosfery, świetnej gry aktorskiej Zwłaszcza jeśli chodzi o Raya Lliotę, Penelope Cruz, Paula Reubensa i   udanie rozpisanych dialogów jedną z głównych zalet tej  produkcji )czyli człowieka będącego w latach sześćdziesiątych i osiemdziesiątych jednego z głównych importerów kokainy do USA (Na czym zarobił bagatela sześćdziesiąt milionów dolarów) oraz bliskiego współpracownika samego Pablo Escobara. 

 

Podsumowując. Pewnie mógłbym jeszcze pisać jeszcze długo, ale uznałem, że nie ma to większego sensu. Dodam więc tylko, że "Blow" kompletnie mnie oczarował, i że jest to film, który zdecydowanie trzeba obejrzeć. 

 

OCENA: 9/10

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • ilsa333

    Kocham ten film, kocham!

  • bradesinarus

    Niespecjalnie mnie to dziwi, gdyż "Blow" jest niewątpliwie jednym z tych obrazów, których urokowi trudno nie ulec.

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci