Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Londyński Bulwar" {London Boulevard} (2010)

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami!

LB

Reżyseria: William Monahan

 

Muszę jasno powiedzieć, że mimo posiadania przez reżyserski debiut Williama Monahana (scenarzysty odpowiedzialnego m.in. za bardzo dobrą "Infiltrację" i za koszmarny skrypt do omawianego tu nie tak dawno, "Królestwa Niebieskiego") całkiem przyjemnego klimatu, dobrze rozpisanych dialogów i świetnych kreacji Davida Thewlisa czy Raya Winstona oraz mimo faktu, że Keira Knightley po raz kolejny udowodniła, że jest naprawdę utalentowaną aktorką to jakoś z trudem przychodzi mi nazwanie „Londyńskiego Bulwaru” udaną, satysfakcjonującą i zapadającą w pamięć produkcją.


 Wbrew pozorom dzieje się tak wcale nie tylko dlatego, że w  roli wychodzącego po trzech latach z więzienia kryminalisty postanawiającego zerwać ze światem przestępczym występuje Colin Farrell prezentujący zaskakującą słabą dyspozycję. Tak, jego postawa jest dla mnie olbrzymią zagadką. Wszak świetnymi występami  takich tytułach jak  niedoceniony remake "Postrachu Nocy", trzymający w napięciu "Telefon" czy rewelacyjny "In Bruges" (Filmy, które notabene zdecydowanie polecam) Farrell pokazał, iż wcale nie jest złym i pozbawionym ikry aktorem (odważyłbym się nawet stwierdzić, że jest w tym całkiem dobry), i że stać go na zdecydowanie więcej niż to co zademonstrował w obrazie Monahana). Dlaczego więc tutaj tego zupełnie nie widać? 

 

Ba! O tym, że "Londyński Bulwar" niezbyt przypadł mi do gustu nie przesadziły nawet takie elementy jak absolutny brak chemii między Knightley i Farrelllem, fakt zupełnej nieobecności oryginalności twórczej oraz gatunkowe niezdecydowanie scenariusza na temat tego czym właściwie ma być opowiedziana historia. Film więc usilnie stara się to nadrobić i stojąc w szpagacie, miota się jak nekrofil w prosektorium między kryminałem a zrobionym z gracją słonia w składzie porcelany melodramatem. W efekcie (jak można się było zresztą spodziewać) żadna z tych konwencji nie została właściwie zrealizowana.   


Gwoździem do trumny był fakt, iż (w przeciwieństwie do takiego np. "Kill List" Bena Wheatleya czy rewelacyjnego "Przekrętu") zupełnie nie doczekałem się w tym obrazie wciągającej atmosfery, intrygującej fabuły, interesujących bohaterów, pomysłowych scen akcji czy porażającego tempa (Nie jest to może warunek sine qua non do tego by film był dobry. Jednak kiedy, tak jak to ma miejsce w przypadku omawianej tu dziś produkcji, akcja dzieje się tak wolno, że film momentami przynudza to chyba coś jest nie tak)

 

Podsumowując. "Lońdynski Bulwar" to jeden z tych obraz, które owszem można obejrzeć ale nie należy spodziewać się jakichś niezapomnianych wrażeń. 

 

OCENA: 6/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci