Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Centurion (2010)

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami!

Centurion

Reżyseria: Neill Marshall

Scenariusz: Neill Marshall

Kraj: Wielka Brytania

Czas trwania: 97 minut

 

Nie wiem dlaczego (może z powodu pogody za oknem, albo dawnych nie do końca wygasłych upodobań z powodu których onegdaj omal nie zacząłem studiować historii) nabrałem dziś ochoty na widowiskowe kino osadzone w pseudo historycznych realiach. Oczywiście mam tu na myśli dobre kino, produkcje w rodzaju niezwykle klimatycznej "Sauny" a nie jakieś podróbki jak "Królestwo Niebiańskie" czyli jeden z najsłabszych chyba obrazów Ridleya Scotta. I myślę, że "Centurion" w jakimś tam stopniu sprostał moim oczekiwaniom



 Na początku trzeba wyraźnie zaznaczyć jedno. Do klasy i epickiego rozmachu prezentowanego przez dziejącego się w zbliżonym okresie historycznym (Mam tu na myśli zmagania Rzymian z Germanami)  genialnego "Gladiatora" w reżyserii wspomnianego tu już Ridleya Scotta brakuje "Centurionowi" całkiem sporo.



I wcale nie chodzi tu, a przynajmniej nie tylko, o nie grzeszącą jakąś przesadną oryginalnością fabułę. Wszak muszę przyznać, że w wyżej wymienionym dziele Scotta, mimo całego mojej atencji do tego obrazu, również da się zauważyć momenty kiedy z ekranu wiało nudą oraz stwierdzić, że większość ekranowych postaci (No może poza błyskotliwie zagranym przez Joaquina Phoenixa Commodusem (Skądinąd przyznam, że nadal nie rozumiem jakim cudem tak wspaniała kreacja mogła przegrać z dość przeciętnym występem Benicio del Toro w "Trafficu" i nie zostać nagrodzona oscarową statuetką. Przecież to niemal taki sam stopień żenady jak wyróżnienie statuetką w tym samym roku Julii Roberts za "Erin Brockovich" kosztem fenomenalnej w "Requiem dla Snu" Ellen Burstyn czy tegoroczne pominięcie fantastycznej dyspozycji Jessici Chastain we "Wrogu Numer 1" a nagrodzenie Jennifer Lawrence za co najwyżej przyzwoitą rolę w "Poradniku Pozytywnego Myślenia") oraz charyzmatycznym Russellem Crowe w roli Maximusa, naszego głównego bohatera) nie wyróżnia się jakąś szczególną osobowością. 

 

Ba! Nie chodzi mi tu nawet o, podejmowaną przez rozlicznych komentatorów kwestię dość luźnego trzymania się przez twórców faktów historycznych (Notabene jest to zarzut, którego kompletnie nie rozumiem i wydaje mi się najzwyczajniej w świecie śmieszny. Wszak nie trudno jest przecież zauważyć, że mamy tu do czynienia z filmem fabularnym, zatem jasne, że w przeciwieństwie do dokumentu scenarzysta nie musi przecież być niewolnikiem autentycznych wydarzeń i może nimi w dowolny sposób manipulować i ukazywać w taki sposób by pasowały do jego koncepcji (jeżeli oczywiście takową posiada). Przecież jak powiedział kiedyś Hitchcock "Film to życie, z którego usunięto nudne momenty")  czy fakt, że snuta przez nich opowieść jakoś niespecjalnie zapada w pamięć i próżno w niej szukać jakiejkolwiek głębi. Po prostu "Gladiatora" oglądało mi się lepiej. 

 

To jednak wcale nie znaczy, że dzieło Neilla Marshalla (autora, którego notabene lubię, bo jest on odpowiedzialny za dwa horrory świeże jak pajdy chleba prosto z piekarni i naprawdę żałuję, że nie kręci już produkcji reprezentujących bo wg. mnie całkiem nieźle mu to wychodziło. Chodzi mi tu oczywiście o klaustrofobiczne, trzymające w napięciu i mroczne "Zejście" oraz lżejszą, ale przez to wcale nie mniej angażującą "Armię Wilków) jest całkowicie pozbawione pozytywnych walorów i należy je omijać szerokim łukiem. Do pewnego stopnia jest nawet wręcz przeciwnie. Szczególnie od strony technicznego wykonania i serwowanej krwawej rzeźni (Po której widać do jakiego typu obrazów reżyser ma smykałkę i w jakich klimatach czuje się najlepiej. Właśnie tak! To nie jest jeden z tych wykastrowanych obrazów kina akcji, które wcale nie ukrywają, że brzydzą się przemocą i wolałyby ich nie pokazywać. Tutaj dostajemy obraz dochowujący prawdy realiom wojny. Mamy więc masę krwi, brudu, brutalności oraz fascynującego mrocznego klimatu. Nie muszę chyba dodawać, jak bardzo odpowiada mi taki stan rzeczy prawda?) prezentuje się ono bowiem tak, że ręce same składają się do oklasków.

 

Dostajemy obraz przyzwoicie zagrany (Szczególnie przez niezawodnego Michaela Fassbendera, którego od czasu fenomenalnej kreacji we "Wstydzie" (Tak swoją drogą kolejny wspominany tu przeze mnie w tym wpisie, coś nimi dzisiaj obrodziło, aktor, który chyba tylko przez niedopatrzenie jury nie dostał absolutnie zasłużonego Oscara. Ba! Nie był nawet nominowany. Musiano przecież nagrodzić świetnego Jeana Dujardina za, skądinąd bardzo dobrego "Artystę" a w uczciwej walce nie miałby on najmniejszych szans zwyciężyć z tak kapitalnie zagraną rolą jak bohater filmu Steve'a McQueena. Mam jednak nadzieje, że w tym roku już nic nie stanie na przeszkodzie i Fassbender otrzyma swego absolutnie zasłużonego złotego rycerza) można określić mianem jednego z najbardziej utalentowanych aktorów świata), wysmakowany plastycznie (świetne zdjęcia Sama McCurdy), doprawiony nastrojową muzyką oraz potrafiący zapewnić prawdziwie satysfakcjonujący seans. A poza tym można powiedzieć, że twórcy najwyraźniej są wyznawcami zasady „dla każdego coś dobrego” i zadbali o zapewnienie wrażeń estetycznych obydwu płciom. Tak więc kiedy kobiety kobiety będą wzdychać do Fassbendera, mężczyźni mają czas by ślinić się na widok występujących tu tak pięknych aktorek jak Olga Kurylenko (która mogłaby jednak w końcu nauczyć się grać bo po „Siedmiu Psychopatach” jest to kolejny obraz, w którym pod względem czysto aktorskim prezentuje się chyba najgorzej z całej obsady. Już się boję co to będzie w „Niepamięci”, za którą mam zamiar zabrać się w najbliższej przyszłości) i Imogen Poots



Podsumowując. Mimo wszystko zatem uważam, iż warto było sięgnąć po tę produkcję i poświęcić czas na jej obejrzenie. Do często zresztą i was zachęcam. 



OCENA: 6/10 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci