Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Elizjum {Elysium} (2013) czyli Panie Blomkamp co pan najlepszego uczynił?

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami

Elysium

Reżyseria: Neill Blomkamp


Przyznam, że sam nie wiem dlaczego tak późno zabrałem się do tej pozycji, która, czego nie będę jakoś specjalnie krył, była jednym z najbardziej przeze mnie oczekiwanych filmów roku. Wszak nawet mimo dość nieprzychylnego tonu recenzji, z którymi można się było tu i ówdzie zetknąć istniały powody pozwalające przypuszczać, że "Elizjum" jest filmem  może nie tak dobrym jak "Atlas Chmur" ale, który faktycznie będzie potrafił zapewnić mi co najmniej satysfakcjonujący seans. Szczególnie dlatego, że za kamerą tej produkcji stanął Neill Blomkamp, niewątpliwie utalentowany reżyser z RPA, który kilka lat temu (konkretnie w 2009 roku jeżeli komuś potrzebna jest bardziej ścisła informacja) uraczył nas rewelacyjnym "Dystryktem 9" czyli relatywnie niskobudżetowym filmem (Niemal czterokrotnie tańszym niż omawiany tu dziś obraz), który nie tylko zapewniał wspaniałą rozrywkę, świadczym o gatunkowym wyczuciu swego twórcy oraz posiadał wyśmienitą kreację aktorską Sharlto Copleya ale przede wszystkim zmuszał do myślenia, pozostawał w pamięci i skłaniał do ponownego obejrzenia. Przy okazji należy wspomnieć, iż w przeciwieństwie do takich obrazów jak "Pacific Rim" czy "Avatar" nie była to wyłącznie pusta rozrywka stanowiąca popis dzisiejszej technologii komputerowej, ale że pod płaszczykiem kina science fiction udało się Blomkampowi w dość pomysłowy sposób pokazać problem dręczącego RPA apartheidu. Wydawało mi się zatem, że jeśli twórca przeniesie do swej kolejnej produkcji choćby część klimatu jaki udało mu się wykreować we, wspominanym tu już, fenomenalnym debiucie to wszystko powinno być w najlepszym porządku.  


Niestety coś poszło nie tak jak powinno i zamiast zachwycać się kolejnym kapitalnym dziełem jestem zmuszony by mówić o "Elizjum" (Podobnie zresztą jak to miało miejsce w przypadku 'Lords of Salem") w kontekście sporego rozczarowania. Ten obraz nie jest bowiem dla mnie niczym innym jak tylko nie podważalnym potwierdzeniem tezy, że niektórym twórcom wysoki budżet, pozornie pozwalający realizować wszystkie zamierzenia, nawet te najbardziej szalone, kompletnie nie służy, a nawet wręcz przeciwnie: wiąże ręce i hamuje rozwój talentu. I nie są to tylko słowa bez pokrycie. Wszak w rezultacie zainwestowania w ten projekt stu dwudziestu milionów dolarów dostaliśmy obraz, który nie dość, że kilkoma efektownymi i udanie zrealizowanymi scenami akcji próbuje maskować, iż jest nieszczególnie wciągający, męczący w oglądaniu (do tego stopnia, że musiałem się do niego zabierać aż dwa razy, żeby w ogóle dobrnąć do końca) i dość słabo zagrany ( Oczywiście nie mam tu na myśli wyłącznie, prezentujących się dużo poniżej poziomu swoich możliwości Jodie Foster i Alice Bragą (Do pewnego stopnia można je nawet zrozumieć, gdyż nie dano im praktycznie żadnego materiału umożliwiającego stworzenie wiarygodnych postaci). Moim zdaniem największa "zasługa" w tym aspekcie należy bowiem   do grającego główną rolę Matta Damona, który wypadł niezwykle blado i oglądając go na ekranie naprawdę trudno uwierzyć, że w istocie jest on przecież całkiem niezłym aktorem z kilkoma fajnymi tytułami w dorobku (Takimi jak choćby jego kreacje w "Buntowniku z wyboru" czy "Tożsamości Bourne'a) i będąc w normalnej dyspozycji potrafi pokazać zarówno charyzmę jak i niebanalne umiejętności. Nie wiem czy to wina słabego scenariusza czy też może Damon miał akurat gorszy okres w życiu i niskie biorytmy ale tutaj, na tle świetnego jak zawsze Sharlto Copleya (Jeśli mam być szczery to zdecydowanie najlepszego elementu tej produkcji) i przyzwoitego Williama Fichtnera (Aż szkoda, że tak krótko mamy możliwość oglądania ich na ekranie) zachowuje się on niestety tak, że przykro na to patrzeć. Zupełnie jakby brał udział w castingu na Enta we "Władcy Pierścieni" lub jakby był kompletnym debiutantem, który po raz pierwszy w życiu znalazł się na planie filmowym i najzwyczajniej w świecie zjadła go trema.) to na dodatek całość w swojej wymowie stanowi nachalną i pozbawioną jakiegokolwiek wdzięku czy subtelności reklamę "Obamacare" połączona z typowo lewacką agitką próbującą nas przekonać, że ludzie bogaci to zło wcielone. (Co w sumie zakrawa o lekką hipokryzję jeśli przypomnimy sobie, że na film wydano naprawdę duże pieniądze a i sami filmowcy do biednych zdecydowanie się nie zaliczają). 


Podsumowując. Mam nadzieję, że swym następnym projektem (Czyli planowanym na rok 2015 filmem "Chappie", o którym na razie wiadomo tylko, iż ma to być komedia science fiction opowiadająca o dwóch gangsterach, którzy kradną policyjnego androida by wykorzystać go do swoich celów i że wystąpią w nim (poza Hugh Jackmanem i Sharlto Copleyem) członkowie popularnej grupy rockowej Die Antwoord) Neill Blomkamp pokaże, iż "Elysium" było tylko wypadkiem przy pracy a nie stałym trendem.

 

OCENA: 6/10 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci