Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Kowboje i Obcy" { Cowboys and Aliens } (2011)

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami!

KiO

Reżyseria: Jon Favreu


Pozwólcie, że na początek was o coś zapytam: Czy ktokolwiek z was naprawdę uważa, że jakikolwiek film obdarzony tytułem kojarzącym się z hitami jakimi raczy nas telewizja Puls lub marzeniami domorosłego autora internetowych opowiadań może być potencjalnie interesujący? No cóż! Przyznaję, że ja w każdym razie wierzyłem (pewnie dlatego, iż, jak wielokrotnie powtarzałem, lubię wszelkie dziwaczne koncepty a pomysł by w jednym obrazie wymieszać dziki zachód i obcych dodając do tego Jamesa Bonda i Indianę Jonesa brzmi niewątpliwie smakowicie) i pamiętam, że w swoim czasie (czyli dwa lata temu) poszedłem nawet do kina.


Na próżno jednak szukalibyście na łamach mojego bloga jakiejkolwiek napisanej wówczas recenzji. Seans dzieła Jona Favreau okazał się bowiem tak wielkim rozczarowaniem i wynudził mnie do tego stopnia, że nie tylko zdobył nagrodę za największe rozczarowanie roku ale wręcz kompletnie zapomniałem napisać o nim kilku słów. Skoro jednak wczoraj miałem okazję, by po długiej przerwie obejrzeć ten film ponownie to uznałem, iż pora nadrobić zaległości.


No cóż! Zacznę od tego, że po wczorajszym seansie moje zdanie na temat "Kowbojów i Obcych" absolutnie się nie zmieniło. Nadal uważam, że mimo kilku pozytywnych aspektów w rodzaju świetnej gry aktorskiej (wyróżnia się zwłaszcza Daniel Craig, który raz udowadnia (jak to notabene miało również miejsce w "Dziewczynie z Tatuażem" czy "Skyfall"), że choć z powodu braku aparycji dżentelmena bardziej przypomina Władimira Putina czy kosmitę (przynajmniej zdaniem mojej mamy) niż kanonicznego Jamesa Bonda  i pasuje do swej roli w cyklu przygód o agencie OO7 jak świni siodło, to jednak pod względem warsztatowym jest on naprawdę dobrym i potrafi stworzyć naprawdę przekonujące oraz interesujące postacie), urody Olivii Wilde, niezłego tempa akcji oraz bardzo dobrej roboty operatorskiego w wykonaniu jak zwykle niezawodnego Matthew Libatque'a całość absolutnie nie porywa. Większość aktorów nie została tu wszak należycie wykorzystana (Szczególnie Sam Rockwell) a wykonanie sprawia wrażenie jakby scenariusz był pisany na kolanie pięć minut przed wejściem na plan a inwencja twórcza zakończyła się na wymyśleniu ciekawego konceptu natomiast zapomniano o dodaniu do tego jakiejkolwiek treści. Naprawdę nie rozumiem jakim cudem pięciu (sic!) scenarzystów zaangażowanych przy tej produkcji, w tym Roberto Orci i Alex Kurtzman czyli twórcy kapitalnego serialu "Fringe", nie było w stanie wymyślić niczego ciekawego i kreatywnego tylko musieli uciekać się do powielania wszelkich możliwych gatunkowych schematów (W rodzaju finałowego poświęcenia jednego z pozytywnych charakterów w celu ratowania reszty. Rzecz, która była co najwyżej powieleniem podobnego motywu zastosowanego przez Michaela Baya w stworzonym w 1998 roku "Armageddonie". Rozwiązaniu, które notabene już wtedy trącało myszką). To co oni tam robili, skoro nie byli w stanie wymyślić angażującej, emocjonującej i choćby minimalnie satysfakcjonującej widza historii lub przynajmniej sprawić  by finalne dzieło miało pozory lekkości i szaleństwa, które prezentował sobą taki na przykład tegoroczny "Jeździec znikąd", który jest znacznie lepszym dziełem niż mogłaby o tym świadczyć otaczająca go powszechna fala niechęci? 


Podsumowując. Zdecydowanie mogę przysiąc, że jest na świecie zbyt wiele filmów znacznie lepszych i bardziej satysfakcjonujących od produkcji stworzonej przez Jona Favreau (Mam tu na myśli choćby świetne "Gwiezdne Wrota" z Jamesem Spaderem i Kurtem Russelem) bym mógł z czystym sumieniem napisać, że "Kowboje i Obcy" to produkcja warta obejrzenia. 


OCENA: 5/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci