Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Kochankowie z Księżyca" {Moonrise Kingdom} (2012) czyli delikatne rozczarowanie

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami!

MK

Reżyseria: Wes Anderson

 

Przyznaję, że już od dawna chciałem obejrzeć ten film. Ile to ja się bowiem nie nasłuchałem opinii o tym z jak genialnym obrazem mamy do czynienia i jak wielką niesprawiedliwością Amerykańskiej Akademii Filmowej było  nie nagrodzenie go złotą statuetką kosztem, bardzo dobrego moim zdaniem "Argo". Choć jeśli mam być  szczery, trochę się boję bo jak już mówiłem rzadko dobrze na tym ostatnio wychodzę, to i tak nadal będę twierdzić, że wolałbym aby Oskar powędrował w ręce Kathryn Bigelow za fantastycznego "Wroga Numer Jeden" z wybitną kreacja Jessici Chastain. Ale wiecie. Członkowie tego wielce szanownego gremium już dawno pokazali, iż nie mają jaj (albo namioty tlenowe im się zepsuły) i zamiast obrazów naprawdę dobrych, ważnych, zmuszających do myślenia i  pozostających w pamięci (Takich jak np. "Wstyd", "Wyspa Tajemnic", "Martha Marcy May Marlene", "Social Network", "Atlas Chmur", "Wyjście przez sklep z pamiątkami" czy  "Szpieg". A to tylko kilka przykładów z ostatnich lat.) preferują jakieś pulpety w rodzaju "Jak zostać królem",  o których nikt (no może poza statystykami i osobami zaangażowanymi w produkcję) nie pamięta już kilka godzin po rozdaniu nagród a które tylko wypaczają ogólny obraz prezentowany przez światową kinematografię w danym roku (No bo nietrudno pomyśleć, że  rok 2011 (przypominam, że był to rok "Wstydu", "Drive" czy "Szpiega". Obrazów, które o kilka długości basenu wyprzedzają produkcję Michela Hazanaviciusa), w którym nagrodami obsypano przyzwoitego wprawdzie, ale nie rewelacyjnego z perspektywy czasu "Artystę" musiał być rokiem kiepskim pod względem osiągnięć kinematografii  Chyba trzeba będzie posłuchać dobrych rad i przestać się przejmować tymi wszystkimi, coraz mniej wymiernymi, nagrodami. Ale może wróćmy do tematu. Chciałem bowiem powiedzieć, że "Kochankowie z Księżyca" jakoś do mnie nie przemówili i nie czuję się usatysfakcjonowany. 

 

To znaczy nie zrozumcie mnie źle. Absolutnie nie twierdzę, że mamy tu do czynienia ze złym obrazem, który należy omijać szerokim łukiem i którego popularność jest dla mnie zagadką porównywalną z tajemnicą trójkąta bermudzkiego. Ba! Przyznaję, że zrozumiem każdego kogo "Kochankowie z Księżyca" zachwycili. Bo przecież gra aktorska jest co najmniej przyzwoita (zwłaszcza jeśli chodzi o wcielających się w naszych protagonistów Jareda Gilmana i Karę Hayward, którzy niezbicie udowadniają, że wbrew powszechnej opinii uczynienie dzieci lub zwierząt głównymi bohaterami niechybnie spowoduje katastrofę), strona wizualna sprawia wrażenie wysmakowanej i dopieszczonej do granic możliwości więc trudno nie być pod wrażeniem (choć do wirtuazerstwa osiągniętego przez Tarsema jednak sporo jej brakuje), scenariusz jest dopracowany i niegłupi a urzekający klimat wypływa z każdego ujęcia niczym rzeka krwi z rozstrzaskanej głowy (Ach te moje niezwykle trafne porównania!).

 

  Nie wiem! Może to kwestia nadmiernych oczekiwań. Może wynik mojego specyficznego filmowego smaku, któremu Wes Anderson po prostu nie do końca sprostał (Choć przed seansu wg. Filmwebu ten film miał być rzekomo aż w 91% zgodny z moimi gustem. Jak to pozory czasem mylą). Może zabrakło odrobiny wyrazistości, więcej okazji do śmiechu (przyznaję bowiem, że podczas całego seansu uśmiechnąłem się bodaj raz albo dwa. A przecież to rzekomo miałaby być komedia) czy jakiegoś elementu sprawiającego, że będę chciał do niego wracać. A może po prostu nie zanotowałem tu jakiejś bardziej oryginalnej historii (Tak jak to miało miejsce przy okazji "Śniadania na Plutonie", "Excision", "Sprzedawców", "Kontrolerów", "Nieściszalnych" czy "Ghost World"), która mogłaby sprawić abyśmy poczuli więź z bohaterami zamiast zmuszania nas byśmy po raz 2657 ogladali taką samą opowieść (która notabene zdążyła mi się już przejeść niemal na równi z, wspominanym wczoraj przy okazji omawiania "Ambassady", patosem i martyrologią) o nadwrażliwych jednostkach niezrozumianych i niezaakceptowanych przez świat w dodatku zwieńczoną wyjątkowo naciąganym happy-endem. Grunt, że czegoś mi tu zabrakło do pełnego zadowolenia.

 

Podsumowując. Długo wahałem się co do tego, na jaką ocenę "Kochankowie z Księżyca" właściwie zasługują. No bo 6 wydaje mi się oceną zdecydowanie za niską (Ba choćby przez wzorcowe zrealizowanie i samą atmosferę, doprawiona muzyką Alexandre Desplata i zdjęciami Roberta D. Yeomana), natomiast wystawienie ósemki byłoby przesadną szczodrością (Przecież fabuła ma jednak jakieś znaczenie prawda?) . Dlatego ostatecznie, krakowskim targiem, zdecydowałem się na 7, która wydaje mi się być adekwatna do zaprezentowanego kontentu i absolutnie nie powinna nikogo urazić. A Wes Anderson nadal pozostanie w mojej ocenie twórcą kapitalnego "Rushmore", który absolutnie mogę wam z czystym sumieniem polecić. 

 

OCENA: 7/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci