Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Krótka piłka: "Oldboy" (2013) czyli nikomu niepotrzebny remake!

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami!

O

 

Reżyseria: Spike Lee

Scenariusz: Mark Protosevich 

Gatunek: Thriller, Dramat

Czas trwania; 104 minuty

 

Przyznaję się szczerze, że mimo wszystkich znaków na niebie i ziemi oraz niejako w opozycji do większości znanych mi kinomanów, którzy przekreślili go nawet bez oglądania, osobiście nigdy nie  uważałem, iż nowa wersja "Oldboya" jest z góry skazana na niepowodzenie.  Nie dość bowiem, że nigdy nie należałem do szczególnie zapiekłych fanów oryginału (tak na marginesie dodam, że po seansie amerykańskiej wersji zdecydowanie in plus przewartościowałem swój stosunek do koreańskiego wariantu tej historii) gdyż (jak zapewne pamiętacie) mimo jego niezliczonych plusów (gra aktorska, muzyka czy ogólny nastrój) wyreżyserowany przez Chan Wook-parka (spod którego dłoni wyszedł rewelacyjny "Stoker" czyli poważny kandydat do miana najlepszego filmu roku i mój ostatni zakup na DVD. Takiego obrazu bowiem aż żal nie posiadać w swojej kolekcji) oryginał niespecjalnie przypadł mi do gustu (Z tego co pamiętam największe problemy miałem z zakończeniem, które wydało mi się odrobinę zbyt przekombinowane. Tu zostało to trochę zmienione, ale nie mogę powiedzieć żeby nowy finał był jakoś wyraźnie lepszy). Przecież raczej nie wybrałbym się do kina już w dniu premiery, gdybym naprawdę nie chciał dać szansy prawda? Wszak nie jestem aż takim masochistą. A poza tym naprawdę lubię mocne, wyraziste kino (co widać choćby po moich krótkich relacji z tegorocznej "Żubroffki", a już zwłaszcza po zachwytach nad świetnym "Żarem" )więc staram się wykorzystywać każdą okazja obcowania z takimi obrazami. Dlaczego zatem od wyjścia z sali czuję wyraźny absmak i muszę film rozpatrywać w kategorii największych rozczarowań?


 No cóż powodów jest co najmniej kilka (Ot choćby zadziwiająco (szczególnie biorąc pod uwagę kilka jego porzednich występów w rodzaju Kruegera w słabiutkim "Elizjum") mdła i nieprzekonująca kreacja Sharlto Copleya jako czarnego charakteru. Zdecydowanie można powiedzieć, że znany z oryginału Ji-tae Yu zjada go na śniadanie) ale jest jeden najważniejszy: Reżyser.  Moim zdaniem zatrudnienie Spike'a Lee ( przy całym szacunku do niego, jako autora świetnego, choć niedocenionego morderczego lata) było poważnym błędem, który pociągnął za sobą całą resztę układanki. Absolutnie nie czuł on bowiem tego specyficznego nastroju, jaki to dzieło powinno posiadać. Czy naprawdę w całej "Fabryce Snów" nie znalazł się inny twórca godny tego projektu? Przecież dla każdego powinno być chyba jasne, że różni autorzy preferują różne style więc produkcje, kipiące od emocji i mrocznej atmosfery powinno się powierzać ludziom gustującym w takich klimatach. Takim jak np. David Fincher, Dennis Villeneuve, Nicholas Winding Refn czy Vincenzo Natali.  a nie artyści  znani z kina subtelnego czyli np. Spike Lee (autor subtelnego, acz odrobinę niedocenionego "Morderczego Lata") można wymagać bowiem zrealizowania jeśli nie satysfakcjonującego to na pewno co najmniej przyzwoitego kina. Tymczasem tutaj dostaliśmy obraz maksymalnie spłycony łopatologiczny (widzę, że traktowanie widza jak kompletnego idioty, któremu wszystko trzeba wyłożyć na talerzu nadal żyje i ma się dobrze), ugrzeczniony (z jakiegoś wszak powodu odrobinę uładzono jeden, ale za to bardzo ważny aspekt, którego wam nie zdradzę)  oraz wykastrowany z wszelkiego napięcia. Nic zatem dziwnego, że po tych zabiegach dość wyrazisty ton oryginału uległ całkowitemu zatarciu i dostaliśmy dzieło, które nie dość, że w niczym nie wyróżnia się z grona innych produkcji współczesnego kina akcji (w dodatku takiego raczej z dolnej półki) to na dodatek nie daje podstaw by stwierdzić, że w ogóle był potrzebny. 


Podsumowując. Nie wiem. Może gdybym nie oglądał azjatyckiego obrazu (do którego obejrzenia serdecznie zachęcam, bo Chan Wook-park zdecydowanie lepiej sobie poradził z budowaniem atmosfery i napięcia) , wówczas amerykańska wersja wydałaby mi się znacznie lepszym dziełem. A tak muszę powiedzieć, że choć posiada ona kilka pozytywnych aspektów (Takich jak chociażby świetny Josh Brolin czy niezaprzeczalnie urocza Elizabeth Olsen) to jednak patrząc całościowo mamy tu do czynienia z produkcją pozbawioną drapieżności koreańskiego pierwowzoru więc wkrótce obraz Spike'a Lee zniknie w mrokach niepamięci.

 

OCENA: 5/10 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci