Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Świąteczny wieczór filmowy (część 2.) "Igrzyska Śmierci: w pierścieniu ognia" czyli rehabilitacja

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami!

IŚ WPO

Reżyseria: Francis Lawrence

Scenariusz: Simon Beaufoy, Michael Arndt

Kraj: USA

Gatunek: Akcja, SF

Czas trwania: 148 minut


Tak wiem! Nie jestem zbyt słowny. Po ubiegłorocznej części "Igrzysk Śmierci" (którą z tego co pamiętam nagrodziłem nawet zaszczytnym mianem najbardziej przereklamowanego filmu 2012 roku i co najważniejsze nadal podtrzymuję to, przyznaję iż nieco drastyczne stanowisko mimo, że z jakiegoś tajemniczego powodu posiadam go w swojej kolekcji filmów na DVD) napisałem bowiem, że kompletnie nie rozumiem fenomenu tej serii, która wydaje mi się być co najwyżej marnymi i wykastrowanymi z emocji popłuczynami po kapitalnym japońskim "Battle Royale" w reżyserii Kinjiego Fukusaku (Notabene serdecznie polecam sięgnięcie po ten obraz jeśli ktoś jeszcze nie widział), że główna bohaterka (grana przez Jennifer Lawrence, która jakoś kompletnie do mnie nie trafia.  Wszak choć nie mogę powiedzieć, że jest złą aktorką ( W tej kategorii prym zdecydowanie wiedzie Halle Berry) i dysponuje ona niezaprzeczalną charyzmą, to jednak niemal w każdym obrazie z jej udziałem jaki do tej pory obejrzałem grała praktycznie tak samo (wyjątkiem potwierdzającym regułę jest sympatyczny "Poradnik Pozytywnego Myślenia", za który zresztą otrzymała, wg. mnie absolutnie niezasłużonego, Oscara) jest maksymalnie antypatyczna oraz, że zdecydowanie nie zamierzam kontynuować swej przygody z tym cyklem.


Jednak rzeczy się zmieniają i mimo wszystko zawsze należy mieć nadzieję  na dobry, satysfakcjonujący seans. Dlatego też postanowiłem mimo wszystkich znaków na niebie i ziemii świadczących, że ten postanowiłem dać szansę tej franczyzie na rehabilitację i jak gdyby nigdy nic, zasiadłem do obejrzenia kontynuacji przygód Katniss Everdeen mając nadzieję, że Francis Lawrence (autor bądź co bądż dobrego "Jestem Legendą".) do spółki z Michaelem Arndtem (scenarzystą omawianej tu nie tak dawno "Niepamięci" oraz czekającej w kolejce do obejrzenia "Małej Miss") oraz Simonem Beafoyem (mającym na koncie m.in. pracę przy "Slumdog. Milioner z ulicy") okażą się być znacznie lepszymi fachowcami niż Gary Ross (którego najbardziej udaną produkcją był debiut czyli przeurocze "Miasteczko Pleasentville" z Reese Witherspoon, Tobeyem Maguire, Williamem H. Macy i Joan Allen) i uraczą nas ciekawym oraz satysfakcjonującym obrazem, który będzie w pełni zasługiwał na miano jednego z największym kasowych przebojów roku. A także licząc na to, że wreszcie pojawią się "krewetki". Szybko się okazało, że była to dobra decyzja a moje nadzieje przynajmniej w sporej części nie były płonne jak łzy w deszczu.


Chyba to rzeczywiście była kwestia talentu osoby obsadzonej na fotelu reżysera (albo też literackiego fundamentu czyli powieści Suzanne Collins. O tej kwestii nie mogę się jednak ze zrozumiałych względów wypowiadać. Po prostu ich nie czytałem). Nie będę bowiem ukrywał, że "Igrzyska Śmierci: W pierścieniu ognia" okazały się być zdecydowanie lepszym obrazem od poprzednika (którego bezlitośnie miażdzą pod każdym możliwym względem) i sprawiły, że jestem niezmiernie ciekaw zakończenia tej historii.  Ba! Aż boję się nawet pomyśleć jak genialny efekt mogłoby dać powierzenie sterów w ręce takich twórców (notabene rozpatrywanych jako potencjalni reżyserzy) jak Alfonso Cuaron, David Cronenberg, Tomas Alfredson czy Duane Jones.  Jest to wszak obraz uderzający w znacznie mroczniejsze tony i bez porównania radzący sobie z budowaniem klimatu walki o przetrwanie czy wywoływaniem emocji (W czym niewątpliwie pomaga wyśmienita ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Jamesa Newtona Howarda) przez co bez porównania łatwiej możemy uwierzyć i zaangażować się emocjonalnie w przedstawiane na ekranie wydarzenia. Ponadto mamy tu do czynienia z naprawdę dobrą jak na blockbuster grą aktorską (Ba! Dodam, że przy kreacjach Phillipa Seymoura Hoffmana, Woody'ego Harelsona, Jeny Malone oraz, mimo wszystko, Jennifer Lawrence nawet przerysowana do granic możliwości Elizabeth Banks wydaje się być bardziej zjadliwa) oraz wykreowaniem naprawdę ciekawych postaci, których losem autentycznie chcemy się przejmować. Tak więc tym razem, nie będę miał raczej powodów by, jak to miało miejsce w przypadku poprzednika, ogłaszać tego tytułu najbardziej przereklamowaną produkcji (Zresztą nie ma się co smucić, To miano i tak przysługuje przecież wyreżyserowanej przez Jamesa Wana "Obecności" czyli co najwyżej przeciętnemu i średnio strasznemu horrorowi z jakichś niezrozumiałych względów wyniesionemu do rangi wybitnego osiągnięcia kina grozy) ale będę zmuszony poważnie rozważyć jego kandydaturę (Zaraz obok drugiej części "Naznaczonego" i znakomitego "Sugarmana") do miana największej pozytywnej niespodzianki.


Podsumowując. No cóż! Choć "Battle Royale" nadal pozostaje w mojej ocenie najlepszym filmem o tej tematyce (głównie z powodu swojej bezkompromisowości i brutalności) to jednak druga część "Igrzysk Śmierci" wbrew pozorom wcale nie pozostaje daleko w tyle. W związku z tym rodzą się dwa pytania, na które chciałbym poznać odpowiedź: Po pierwsze: Dlaczego od początku nie można było zrealizować wszystkiego w taki sposób? A po drugie: Dlaczego czekano aż do drugiej części by dać nam satysfakcjonujący obraz?

 

OCENA: 8/10 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci