Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Wilk z Wall Street" (2013) czyli dziwki, koks i giełda

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami!


Będę z wami śmiertelnie szczery. Na "Wilka z Wall Street" poszedłem do kina tylko dlatego, że jego pokaz dla gremium decydującego o Oscarowych nominacjach przez bezpruderyjność i wyuzdanie prezentowanych treści wywołał kilka dni temu dość spore zamieszanie co, z jakichś kompletnie irracjonalnych powodów, uznałem za wspaniały prognostyk.

 

I wcale nie było tak dlatego, że (jak doskonale wiecie), poza nielicznymi wyjątkami, absolutnie nie trawię biografii a film Scorsese to przecież nic innego jak ekranizacja historii o wzlocie i upadku oszusta giełdowego Jordana Belforta (coś a'la stworzony przez Olivera Stone'a "Wall Street", tyle że na faktach). Powód był zdecydowanie bardziej prozaiczny: trailery

 

Przyznaję bowiem uczciwie, że gdybym przy doborze repertuaru kierował się wyłącznie nimi, czyli postępował dokładnie tak jak teoretycznie powinno się robić, to pewnie nigdy w życiu nie zdecydowałbym się na seans bo wydawałby mi się on równie wielką przyjemnością co kopulowanie z jeżozwierzem. Zwiastuny bowiem były tragiczne, kompletnie nie zachęcające i wyglądały tak jakby Scorsese na starość zwariował (Co zresztą tak swoją drogą bardzo często przydarza się jego kolegom po fachu, żeby wspomnieć tylko Rolanda Joffe i jego "Sadystę") i postanowił, że od tej pory będzie on tworzył wyłącznie obrazy bazujące na popularności "Kac Vegas" czy innego "Projektu X" czyli pełne niewybrednego humoru (skupiającego się na kopulacji i defekacji) opowieści o grupce ludzi (w tym wypadku maklerów giełdowych) spędzających czas na robieniu głupich rzeczy pod wpływem alkoholu i narkotyków. Bogu dzięki, że nie okazało się to prawdą!

 

Bo choć "Wilk z Wall Street" nie jest może najlepszą produkcją jaką widziałem w tym roku (w ścisłej czołówce jednak niewątpliwie musi znaleźć się dla niego miejsce), a z filmów o podobnej tematyce zdecydowanie bardziej podobał mi się opisywany tu nie tak dawno "Blow" w reżyserii Teda Demme'a, to jednak jednego absolutnie nie można mu odmówić: Jest prawdziwą energetyczną bombą i trwającą prawie trzy godziną ucztą dla oka. 

 

Już od pierwszej minuty zostajemy bowiem wprowadzeni w świat amerykańskiej finansjery przedstawionej jako miejsce jednej, wielkiej, libertyńskiej orgii gdzie wszyscy kłamią, alkohol leje się hektolitrami, zażyte narkotyki liczy się w tonach a kobiety są tanie jak barszcz i równie łatwo dostępne (Oj! Coś mi mówi, że obraz miałby poważne problemy z pozytywnym przejściem tzw. "testu Bechdel"). Ponadto raczy się nas kapitalną grą aktorską (Poza bezbarwną Margot Robbie (I nie chodzi mi tutaj bynajmniej o wygląd zewnętrzny, bo niezaprzeczalnie całkiem ładna z niej dziewczyna, ale pod względem umiejętności prezentuje się kompletnie nijako. Chyba w całym Hollywood, gdzie aż robi się przecież od ładnych dziewczyn próbujących sił w aktorstwie dało się znaleźć osoby o odrobinę większej charyzmie) mamy tu niejako rekompensatę w postaci niezłego Jonaha Hilla, świetnego Jeana Dujardina (zdecydowanie za krótko występuje na ekranie bo kradnie każdą sekundę), dobrego Kyle'a Chandlera w roli antagonisty czy uroczego Roba Reinera (reżysera m.in. "Misery", "Ludzi Honoru" i "Kiedy Harry poznał Sally") jako ojca głównego bohatera. Jednak prawdziwą "gwiazdą wieczoru" był fenomenalny Leonardo DiCaprio, bez którego ten film straciłby co najmniej połowę ze swojej wartości. Powiem nawet więcej. Jeśli po raz kolejny jego ponadprzeciętna kreacja nie zostanie nagrodzona zasłużonym Oskarem będzie można traktować  wyłącznie jako dowód na ślepotę szanownych tetryków), znakomitą realizacją (szczególnie w kwestii montażu i ścieżki dźwiękowej stworzonej przez Howarda Shore'a), wiarygodnym oddaniem realiów,  urzekającą lekkością oraz świetnie napisanymi dialogami.  

 

Podsumowując. "Wilk z Wall Street" to film absolutnie godny polecenia, który niezbicie udowadnia, że Scorsese bardzo ładnie się starzeje. Wszak to w jaki sposób zostało on zrealizowany pokazuje nam jasno i wyraźnie, że mimo siedemdziesiątki na karku autor genialnego "Taksówkarza", "Chłopców z Ferajny", "Infiltracji", "Kasyna" czy świetnej, acz niedocenionej, "Ciemnej Strony Miasta" absolutnie nie stępił pazurków (czego prawdę mówiąc można się było lekko obawiać po stworzeniu przez niego familijnego "Hugo i jego wynalazek") i nadal zachowuje młodzieńczy wigor oraz swoiste nieokełznanie, którego większość współczesnych reżyserów mogłaby mu tylko pozazdrościć. Że wciąż pozostaje twórcą wyznaczającym nowe trendy, na którego filmy można stawiać w ciemno mając gwarancję naprawdę wysokiej jakości. Szkoda tylko, że już można z całą stanowczością stwierdzić, że jego robota, tak jak to miało miejsce wiele razy w przeszłości, z powodu swej rzekomej kontrowersyjności nie zostanie odpowiednio doceniona przez pseudo znawców kina z Amerykańskiej Akademii Filmowej  (ciekawe co w takim razie powiedzieliby o "Serbskim Filmie") i będzie musiał obejść się smakiem podczas ceremonii rozdania Oscarów kosztem obrazu, o którym wszyscy zapomną już następnego dnia po uroczystości ( Wszak jak na razie wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że absolutny faworyt czyli "Zniewolony" w reżyserii Steve Mc Quenna, jest niczym więcej jak tylko rozpaczliwa próba zdobycia przychylności szanownych tetryków przez stworzenie przesadnie patetycznego i pretensjonalnego snuja, który broni się co najwyżej modną obecnie tematyką niewolnictwa. Mam jednak cichą nadzieję, iż zwiastuny ponownie wprowadziły mnie w błąd bo od czasu "Wstydu", za który złota statuetka należała mu się niczym psu micha, naprawdę szanuję tego twórcę i nie chciałbym widzieć go w roli pełzającego robaka) 


Wilk z Wall Street {The Wolf of Wall Street}

Reżyseria: Martin Scorsese

Scenariusz: Terence Winter 

Kraj: USA

Gatunek: Dramat, Kryminał, Biografia

Czas trwania: 179 minut 

 

OCENA: 9/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci