Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Zniknięcie na siódmej ulicy" {Vanishing on the 7th. Street} (2010) czyli widzę ciemność

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami!

Vanishing

Reżyseria: Brad Anderson

Scenariusz: Anthony Jaswinski

Kraj: USA

Gatunek: Horror

Czas trwania: 90 minut

 

Zacznę może od tego, że wbrew różnym opiniom, które można gdzie niegdzie przeczytać, "Zniknięcie na 7. ulicy"  stanowi w gruncie rzeczy całkiem niezły film, który naprawdę dobrze się ogląda. Ba! Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że przy niewielkim wysiłku (zwłaszcza jeśli mówimy o pewnych decyzjach obsadowych, o których będzie jeszcze czas napisać parę słów) to mógł, i bez wątpienia powinien, być jeden z najlepszych, najbardziej klimatycznych horrorów ostatnich lat. Produkcją odrobinę zbliżoną poziomem do, moim zdaniem znacznie skrzywdzonej przez większość widzów, "Ciemności" w reżyserii Jaume Balaguero (czyli jednego z twórców [Rec] i ostatniej szansy tej serii na odrodzenie po fatalnym [Rec]3: Geneza) oraz stworzonych przez Ti Westa, kapitalnych "Innkeepers" z wyśmienitą rolą Sary Paxton


Fabuła bowiem wciąga i intryguje, John Leguizamo udowadnia, że jest naprawdę dobrym oraz niezmiernie charyzmatycznym aktorem, który bez wątpienia zasługuje na szansę występowania w znacznie lepszych produkcjach, przeurocza Thandie Newton pokazuje, że jej  kiepski występ w omawianym przeze mnie jakiś czas temu "Retreat" żadną miarą nie był miarodajny, gdyż przy dobrym scenariuszu (Notabene warto w tym miejscu wspomnieć, że skrypt Anthony'ego Jaswinskiego mimo kilku drobnych zgrzytów stoi na zadowalająco wysokim poziomie) radzi sobie naprawdę przyzwoicie a Brad Anderson (reżyser, którego tak na marginesie, bardzo cenię za świetną "Sesję 9", genialnego "Mechanika", klimatyczne "Transsiberian" czy udane, ubiegłoroczne "Połączenie") po raz kolejny udowadnia, że posiada nieprzeciętny talent i niezwykłe wyczucie pozwalające mu kreować klimat grozy oraz budować napięcie (w czym, dodajmy, bardzo pomaga mu muzyka Lucasa Vidala oraz zdjęcia Uty Briesewitz) bez uciekania się do epatowania dosłownością i krwawymi obrazami. Jest jednak jedno małe ale, które nie pozwala mi mówić o pełnej satysfakcji. Mam tu na myśli Haydena Christensena.


Nie wiem jaki geniusz uznał, że główną rolę należy powierzyć takiemu aktorskiemu beztalenciu, które omal nie położyło na łopatki legendarnych "Gwiezdnych Wojen", ale nie był to najlepszy wybór. Mało tego! Osobiście uważam, że  obsadzenie newralgicznej roli człowiekiem o osobowości kołka w płocie, umiejętnościach aktorskich godnych "Klanu" i charyzmie butelki keczapu było nie tylko jedną z najgorszych i najmniej zrozumiałych decyzji obsadowych w historii kina, przy której nawet tak kuriozalne nominacje jak obsadzenie Halle Berry w "Gothice", Zoe Saldany w przygotowywanej przez Agnieszkę Holland nowej wersji "Dziecka Rosemary" ( Co ogólnie rzecz biorąc uważam za poroniony pomysł. Wszak lepiej niż Roman Polański tej historii nie pokaże chyba już nikt a i Mia Farrow zawiesiła poprzeczkę na niebotycznie wysokim poziomie, któremu sprostałyby może Jessica Chastain, Mary Elizabeth czy Elizabeth Olsen ale Saldana nie jest wg. mnie na tyle dobrą aktorką by nawet jeśli stanie na rzęsach dać sobie radę z wiarygodnym wcieleniem się w postać ) czy Sandry Bullock w "Grawitacji" wydają się być niewinną igraszką, ale przede wszystkim stanowiło prawdziwy strzał w stopę rakietą balistyczną. Szczególnie wobec faktu, że twórcy mieli wybór.

 

Mogli przecież powierzyć zadanie wykreowania postaci, z którą widz chciałby się utożsamiać i której mógłby kibicować wspominanemu Johnowi Lequizamo, który swą fantastyczną dyspozycją (zresztą nadal uważam, że jego rola była jednym z tych elementów, dla których warto obejrzeć "Zniknięcie na siódmej ulicy") jednoznacznie dowiódł, że znacznie lepiej poradził by sobie z tym zadaniem. 


Podsumowując. Mam nadzieję, że ktoś, kiedyś (oby jak najszybciej i oby tym razem bez Haydena Christensena) wpadnie na pomysł nakręcenia remaku tej produkcji, gdyż opowiedziana w "Zniknięciu na siódmej ulicy" historia zdecydowanie zasługuje na drugą szansę. Na razie jednak można mówić co najwyżej o zmarnowanym potencjale i delikatnym rozczarowaniu.

 

OCENA: 6/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci