Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Charlie {A Perks of Being a Wallflower} (2012)

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami!

 

POBAW

 

Reżyseria: Stephen Chbosky

 

Tak wiem. Zamiast siedzieć przed ekranem komputera i pisać jakieś pseudo-mądre wynurzenia na temat filmów, o których każdy napisałby by więcej i lepiej powinienem teraz przygotowywać się do jutrzejszego egzaminu. W końcu bibliologia (nauka o książce jakby się kto pytał) sama się nie nauczy a liczenie wyłącznie na nieodparty urok osobisty i elokwencję może być zdradliwe (Choć przyznaję, że czasami działa. Szczególnie kiedy jest się na kierunku praktycznie zdominowanym przez dziewczyny). 


Jednak skoro wreszcie, po niemal dwóch miesiącach oczekiwań, przyszedł do mnie wygrany w organizowanym przez jeden z portali konkursie film - niespodzianka (którym okazał się być właśnie wzmiankowy już w tytule "Charlie" czyli rzekomo jeden z najlepszych obrazów 2012 roku. Tak na marginesie dodam, że fakt, iż wygrałem właśnie ten tytuł bardzo mnie cieszy gdyż a) szczerze obawiałem się jakiegoś dzieła, które już posiadam w swojej kolekcji b) od pewnego czasu bardzo chciałem go obejrzeć i nawet rozważałem jego zakup) to uznałem, że nawet tak "zajmujące" zagadnienia jak budowa książki (nawet do spółki z wybitnymi bibliologami czy instytucjami badania czytelnictwa) mogą zaczekać. Że pora zrobić sobie małą przerwę i trochę się odchamić.

 

No cóż! Osobiście nigdy nie nazwałbym tego dzieła najlepszą produkcją swego roku. Po pierwsze - kompletnie nie moje klimaty (Jak już pewnie zauważyliście wolę więcej krwi i mroku),  a po drugie choć wiem, że wiele ludzi się ze mną nie zgodzi to jednak moim zdaniem miano filmu roku 2012 bezapelacyjnie zasługuje genialny "Atlas Chmur" a w kolejce czeka przecież jeszcze choćby widowiskowy "Skyfall", przewrotny "Dom w Głębi Lasu" czy groteskowe (w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa) "Excision").

 

Nie znaczy to jednak, że uważam film Stephena Chbosky'ego (m.in. producenta "Poughkeepsie Tapes" i twórcy serialu "Jerycho")  za produkcję kompletnie nie wartą uwagi. Wręcz przeciwnie!

 

Uważam, bowiem że choć bez większego trudu mógłbym wskazać znacznie lepsze i bardziej zapadające w pamięć produkcje poświęcone podobnym problemom jak te poruszane w "Charlie'm" (Żeby wspomnieć choćby o australijskich "Szaleństwach Młodości" czy filmach Wesa Andersona) to jednak w postaci obrazu wspominanego tu już Stephena Chbosky'ego mamy do czynienia z ze ścisłym topem swojego roku. Filmem, którego seansu nie żałowałem nawet przez sekundę.

 

Zresztą  prawdę mówiąc trudno żeby było inaczej. Zwłaszcza, że gra aktorska stoi tu przecież na wysokim poziomie (szczegolnie jeśli chodzi o obsadzonego w roli tytułowej przekonującego Logana Lermana oraz niezwykle charyzmatycznego Ezrę Millera, który tworzy wręcz imponującą kreację, udowadnia, iż jest jednym z najbardziej utalentowanych aktorów młodego pokolenia, i pokazuje, że warto będzie zwrócić uwagę na jego kolejne wcielenia gdyż jeszcze niejednokrotnie może nas zaskoczyć)  Emma (Muszę zapamiętać by nie mylić z Emily!) Watson wygląda doprawdy zjawiskowo, bohaterowie są wiarygodni i całkiem sympatyczni, muzyka została odpowiednio dobrana, wielowątkowa fabuła jest poprowadzona bardzo sprawnie a całość posiada niewątpliwie urzekającą atmosferę, lekkość i wdzięk.

 

Na koniec warto wspomnieć o dotyczącym tego filmu pewnym drobnym akcencie z poletka moich prawdziwych zainteresowań. Otoż w jednej z pomniejszych ról występuje tu Tom Savini czyli prawdziwy weteran niskobudżetowego kina grozy 

 

Skutek tych wszystkich zabiegów mógł być tylko jeden. Interesujące oraz niezaprzeczalnie inteligentne kino, które wciąga, skłania do przemyśleń i o którym bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że serdecznie zachęcam do jego obejrzenia bo uważam, że jest tego warte.

 

OCENA: 9/10 

Komentarze (2)

Dodaj komentarz
  • zinatwakil

    Przypadkiem zabłąkałam się na Twój blog i również przypadkiem w gąszczu mroku (pozdrawiam Williama Blake'a i Tygrysa) spostrzegłam tytuł filmu, który ostatnio widziałam. Jak najbardziej zgadzam się z pozytywną opinią i tym, że "bohaterowie są wiarygodni i całkiem sympatyczni, muzyka została odpowiednio dobrana, wielowątkowa fabuła jest poprowadzona bardzo sprawnie a całość posiada niewątpliwie urzekającą atmosferę, lekkość i wdzięk". Dobrze ujęte. Cały wpis przyjemnie mi się czytało, choć przyznaję, że zdarzyło mi się pogubić w licznych a rozlicznych nawiasach.

    Aha, mam nadzieję, że Cię nie urażę, bo gościom głupio wytykać błędy. Zaryzykuję. Emma Watson, nie Emily.

    Pozdrawiam!

  • bradesinarus

    Witam!

    No cóż. Przede wszystkim dziękuję za ciepłe słowa. Zawsze przyjemnie jest przeczytać, że komuś poza mną podoba się to co piszę, gdyż to zdecydowanie podnosi samoocenę i utwierdza w przekonaniu, iż decyzja o rozpoczęciu prowadzenia bloga nie była w sumie takim złym pomysłem. A teraz przejdźmy do kwestii zdecydowanie mniej przyjemnych (przynajmniej dla mnie, wszak przyznawanie się do błędu to nie jest czynność, którą lubię robić).

    1. Kwestia rozlicznych nawiasów, gmatwania najprostszych wypowiedzi i robienia rozlicznych dygresji od dygresji to moja chroniczna wręcz przypadłość, z którą już od dawna próbuję walczyć (z dość marnym skutkiem jak się okazuje)

    2. Nie masz się czego obawiać. Ba! Nawet cieszę się, że ktoś zauważył tak poważną pomyłkę, na którą jakoś nie zwróciłem uwagi podczas pisania tego tekstu. Dzięki temu mam bowiem szansę ją poprawić. Na swoją obronę mogę powiedzieć tylko tyle, że Emily Watson jest widocznie tak dobrą aktorką (Dla każdego artysty takie uznanie powinno być niebagatelnym komplementem, więc mam nadzieję, że nie obrazi za takie faux pas), że jej kapitalny występ w "Czerwonym Smoku" na tyle zapadł mi w pamięci bym na dźwięk nazwiska Watson odruchowo, niczym pies Pawłowa o jedzeniu, pomyślał o niej zamiast o Hermionie z "Harrego Pottera".

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci