Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Cabin Fever: Patient Zero" (2014) czyli co oni sobie myśleli?

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami!

CFPZ

Reżyseria: Kaare Andrews


Nie będę ukrywał, że jak na ten moment "Cabin Fever: Patient Zero" jest dla mnie najpoważniejszym kandydatem nie tylko do tytułu najgorszego filmu roku, ale również do miana największego kuriozum, posiadacza najgorszych kreacji aktorskich, najgorzej spędzonego czasy oraz najmniej potrzebnego sequelu. Jak zatem widzicie mówimy tu o katastrofie naprawdę dużego kalibru. 

 

Swoją drogą nigdy nie zrozumiem jakim cudem ktokolwiek mógł uznać, że tak słaby, pozbawiony interesujących postaci, nie emocjonujący i kompletnie antyklimatyczny horror jak wyreżyserowana przez Eliego Rotha (notabene uważanego przeze mnie za jednego z najbardziej przereklamowanych współczesnych twórców kina grozy) "Śmiertelna Gorączka" potrzebuje kontynuacji. Mało tego. Dziwię się, że film, który moim zdaniem w ogóle nie powinien był powstać doczekał się już drugiego sequelu (Czy raczej, w tym wypadku, powinienem być precyzyjny i powiedzieć prequelu. Wszak film Kaare Andrewsa, w przeciwieństwie do stworzonej przez Ti Westa "dwójki" (Notabene najsłabszej pozycji w dorobku tego utalentowanego filmowca) miał na papierze przedstawiać wydarzenia poprzedzające te, o których opowiada część pierwsza i wyjaśnić powody epidemii (Tak jakby ta wiedza była komukolwiek do czegokolwiek potrzebna)) a w planach rzekomo jest już część czwarta. 

 

Czy naprawdę istnieli odbiorcy, którzy tego właśnie oczekiwali? Tytułu, który (shock of all shocks) prezentuje się jeszcze gorzej niż oryginał i osiąga poziom zarezerwowany dla produkcji z taką lubością serwowanych nam przez telewizję Puls? Obrazu, do którego aktorów (o ile tę zbieraninę manekinów bez krztyny talentu czy ekranowej charyzmy można w ogóle tak nazwać) wzięto chyba prosto ze znajdującego się przy planie filmowym bazaru? Dzieła, w którym sensu jest mniej więcej tyle co w wypowiedziach Antoniego Macierewicza na temat katastrofy smoleńskiej? Horroru, który nie wywołuje praktycznie żadnych emocji poza narastają nudą i frustracją, że się to wszystko jednak ogląda zamiast najzwyczajniej w świecie wyłączyć a bohaterowie pozbawieni są nawet strzępków osobowości wiec niemożliwe jest przejmowanie się ich losem? "Produkcji", której nawet nie ośmielę się posądzać o posiadanie jakiegokolwiek, choćby nawet szczątkowego, scenariusza (Pewnie dlatego, że odpowiedzialny za tę kwestię był Jake Wade Wall czyli autor skryptu do koszmarnie nudnego "Kiedy dzwoni nieznajomy", którego jedynym atutem była uroda zniewalającej Camilli Belle)? Jeśli tak, to powinni się cieszyć bo ich marzenie się bez wątpienia spełniło. Cała reszta widzów będzie raczej gorzko płakać oglądać tę pokraczną abominację, którą nawet przez litość trudno nazwać udanym filmem. 

 

Podsumowując. Sprawienie, żeby produkcja takiego niekwestionowanego króla żenady i reżyserskiego beztalencia jak Eli Roth wyglądała by comparison jak  "Obywatel Kane" to naprawdę wielka sztuka. Jednak Kaare Andrews (odpowiedzialny m.in. za, podobno całkiem niezłe, "Altitude") jakimś sposobem tego dokonał. Dlatego, uważam, że najlepszym wyjściem jest trzymać się od tej produkcji tak daleko jak to tylko jest możliwe. Naprawdę nie ma bowiem sensu się męczyć a poza tym istnieją znacznie przyjemniejsze sposoby marnowania wolnego czasu. 

 

OCENA: 2/10  

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • ilsa333

    Nie przesadzaj, jedynka nie była taka zła. Fakt, że utrzymana w klimacie komedio horroru miała marne szanse, żeby kogoś wystraszyć, ale fajnie się to oglądało. Dwójka to już inny reżyser inna historia, kompletna kpina i parodia tego co samo było z lekka pastiszem. Za trójkę nawet nie zamierzam się brać, ale podziwiam Twoje poświęcenie.
    "co sobie myśleli"- ja bym ich o myślenie w ogóle nie posądzała;)

  • bradesinarus

    Wiesz! Może i faktycznie masz rację, że "Cabin Fever" nie było aż takim złym filmem (Szczególnie w porównaniu z kontynuacjami). Kiedy jednak po obejrzeniu jakiegoś obrazu jedyną rzeczą jaka pozostają mi w pamięci fatalnie napisane dialogi oraz coś tak żenującego i kompletnie od czapy jak scena z naleśnikami (czyli ta) to choćbym bardzo chciał nie mogę takiego tytułu uznać za udany. Dlatego też od "Cabin Fever" zdecydowanie wolę "Cabin in the woods"

  • ilsa333

    Oj, a ja już wolę "Cabin fever" niż "Cabin in the woods".

  • bradesinarus

    No to przynajmniej w jednej filmowej kwestii mamy zupełnie inne zdanie bo ta zgodność już zaczynała się robić podejrzana :)

    A teraz poważnie. Rozumiem oczywiście, że "Cabin in the woods" mógł ci się nie podobać. Masz do tego święte prawo i naprawdę nie chcę zmieniać twojej opinii na jego temat. Po prostu do mnie zdecydowanie bardziej trafia i przyjemniej ogląda mi się film nie traktujący siebie zbyt serio, dość luźno traktujący gatunkowe schematy, przywodzący na myśl twórczość uwielbianego przeze mnie Quentina Tarantino (vide genialna scena z uwodzeniem wilka) oraz posiadający dużą "replay ability" (czego dowodem może być chociażby to, iż oglądałem go już chyba ze cztery razy i pewnie jeszcze niejednokrotnie do niego powrócę) i potrafiący mnie zaskoczyć niż obraz kompletnie, który nie oferuje mi nic poza żenującymi dialogami najczęściej obracającymi się wokół seksu (dowodzącymi, iż Eli Roth ma taki talent do dialogów jak ja do fizyki kwantowej) kompletnie nijakimi bohaterami bez cienia charakteru oraz pozbawioną sensu fabułą złożoną wyłącznie z randomowych scenek, które w żaden sposób nie układają się w logiczną całość.

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci