Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Wenus w Futrze" {La Vénus à la fourrure} (2013) czyli fascynujący obraz męskich obsesji

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami!

WWF

 

Opis Fabuły:

 Wyczerpujący casting do nowego spektaklu, opartego na motywach powieści "Wenus w Futrze" Leopolda von Sacher - Masocha, nie przynosi rezultatu. Żadna z kandydatek nie nadaje się bowiem do roli  kobiety, która zawiera umowę z mężczyzną, by uczynić z niego niewolnika. Zrezygnowany reżyser już zbiera się do wyjścia, gdy do teatru wpada Wanda (Emmanuel Seigner). Wydaje się bezczelna, niewychowana, zdesperowana i nieprzygotowana. Gdy Thomas (Mathieu Amalric) niechętnie zgadza się dać jej szansę, aktorka przechodzi oszałamiającą metamorfozę.

 

Jaka szkoda, że "Wenus w Futrze" nie widziałem w odpowiednim czasie! Nie mam bowiem nawet cienia wątpliwości, że jest ona produkcją niemalże wybitną i znamionuje naprawdę wysoką klasę swojego twórcy. Dziełem kompletnym, które bez wątpienia zasługuje na to by określić go mianem jednego z najlepszych (jeśli nie najlepszym) tytułów ubiegłego roku. 

 

Mógłbym się wszak przez długi czas rozwodzić nad tym jak dobrym filmem obdarował nas Roman Polański.

 

Mógłbym z wielką przyjemnością rozkładać je na czynniki pierwsze i rozpływać się w zachwytach nad znakomitym aktorstwem (Trzeba jednak powiedzieć jedno. Choć obojgu aktorom udało się stworzyć naprawdę kapitalne kreacje, to jednak do mnie osobiście zdecydowanie bardziej przemówiła fantastyczna dyspozycja zaprezentowana przez Mathieu Amalrica. Do tego stopnia, że śmiało mogę stwierdzić, iż rolą reżysera będącego pod wieloma względami swoistym alter ego Romana Polańskiego, zrehabilitował się za całkowicie bezbarwną i absolutnie nie zapadającą w pamięć kreacja Dominica Greena, czyli czarnego charakteru w "Quantum of Solace" Marca Forstera. Pokazał bowiem, że była ona efektem słabego scenariusza, który absolutnie nie dał mu możliwości zagrania niczego lepszego, a nie oznaką braku talentu).

 

Mógłbym chwalić żywe dialogi, perfekcyjnie rozpisany scenariusz, urzekający minimalizm formy (poniekąd sprawiającej że mamy wrażenia obcowania z teatralnym spektaklem na dwóch aktorów) czy doprawdy fantastyczną interakcję pomiędzy bohaterami.

 

Mógłbym rozkoszować się po mistrzowsku wykreowanym nastrojem, przez który aż nie chce się ani na moment odrywać wzroku od ekranu, subtelną muzyką Alexandre'a Desplata wznoszeniem się na poziom meta oraz umiejętnym zacieraniem granicy pomiędzy odgrywaną przez bohaterów sztuką a ich realnym życiem.

 

Mogłbym w końcu przynajmniej próbować doszukiwać się ukrytych przez reżysera sensów, analogii czy podtekstów. Zwrócić uwagę choćby na fakt, że "Wenus w Futrze", przynajmniej w mojej ocenie stanowi ambitną próbę uzewnętrznienia tej odwiecznej dychotomii, która każe mężczyznom z jednej strony lękać się kobiet jako nie do końca rozpoznanej, perwersyjnej i potencjalnie niebezpiecznej siły pochodzącej prosto z najmroczniejszych koszmarów Zygmunta Freuda a z drugiej strony zmusza nas byśmy ich pożądali. Byśmy czynili z nich swoje  muzy i pozwalali by zatruwały nam sny. 

 

Naprawdę mógłbym, (Ba! Szczerze mówiąc chyba nawet powinienem) zrobić to wszystko, o czym przed chwilą wymieniłem. Tylko w sumie nie bardzo wiem jaki miałoby to sens?

 

Przecież wystarczy, że napiszę, iż jest to obraz stworzony przez Romana Polańskiego, by dla każdego kto uważnie śledzi mojego bloga, wszystko stało się jasne jak tysiąc słońc. Byście nie mieli jakichkolwiek wątpliwości, dlaczego długo oczekiwana przeze mnie "Wenus w Futrze" czyli "bardzo" luźno oparta na motywach tytułowej powieści historii podjęcia próby przeniesienia tej pozycji na deski sceniczne.) po prostu musiała mi się spodobać.  

 

Niejednokrotnie wszak wspominałem, że twórczość  Romana Polańskiego darzę mniej więcej takim uczuciem jakim powinno się darzyć najpiękniejszą kobietę świata. Miłością niemalże bezgraniczną i czystą jak poranna rosa. Że jego nazwisko jest dla mnie zawsze gwarancją najwyższej jakością.

 

Zresztą to uczucie jest jak najbardziej uzasadnione. Roman Polański jeszcze nigdy bowiem mnie jakoś specjalnie nie zawiódł i nawet w tych pozornie słabszych filmach jak np. "Piraci" czy "Dziewiąte Wrota" wznosi się na poziom niedostępny dla większości jego kolegów po fachu.

 

Nie może zatem chyba dziwić, że jest on dla mnie prawdziwym reżyserskim bogiem i niekwestionowanym wzorem profesjonalizmu. 

 

Podsumowując. Zdecydowanie polecam obejrzeć "Wenus w Futrze". Jest to bowiem kawał znakomitego kina momentami ocierającego się o perfekcję. Dzieło niezbicie udowadniające, że wybitny reżyser (a za takiego niewątpliwie trzeba uznać Romana Polańskiego) dysponując wyłącznie dwoma aktorami i miejscem akcji ograniczonym do jednej lokacji potrafi stworzyć film, aż gęsty od emocji. Obraz, na którym widz ani przez chwilę nie będzie się nudzić i który bez wątpienia pozostanie w jego głowie na długo po seansie.    

 

OCENA: 9/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci