Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"47 roninów" {47 Ronin} (2013)

bradesinarus

Niech Cthulhu bedzie z wami!

 

47 ronin

 

Reżyseria: Carl Rinsch

 

Nie będę ukrywał, iż podchodząc do "47 Roninów" miałem dość mieszane uczucia co do sensowności takiego postępowania. Ba! Zasugerowawszy się opinią Brada Jonesa (aka "Cinema Snoba"), który w jednym ze swoich podcastów dość bezceremonialnie przejechał się po tym filmie nazywając go jedną z najgłupszych i najbardziej bezsensownych produkcji ubiegłego roku, byłem święcie przekonany, że ten tytuł raczej mi się nie spodoba.

 

I choć w gruncie rzeczy uważam tą amerykańską wariację japońskiej legendy za obraz co najmniej satysfakcjonujący, który doskonale sprawdziła się w roli dostarczyciela bezpretensjonalnej rozrywki to jednak doskonale rozumiem też powody, dla których wywołał on taką reakcję u mojego ulubionego recenzenta.  

 

Podobnie bowiem jak to miało miejsce w przypadku ubiegłorocznego "Jeźdzca Znikąd" w reżyserii Gore'a Verbinsky'ego  dostaliśmy obraz, któremu bez większego problemu można wytknąć wiele mniejszych czy większych niedociągnięć (w rodzaju kilku ponad miarę przeciągniętych scen, niezbyt umiejętnie poprowadzonej warstwy fabularnej (zdecydowanie widać, że reżyserowi znacznie lepiej wychodzi tworzenie pojedyńczych scen niż łączenie ich w jakkolwiek logiczną całość bez potrzeby uciekania się do pomocy narratora) oraz Keanu Reevesa, który nie dość, że wypada niezwykle niezwykle blado w porównaniu z tym co prezentuje charymatyczny Hiroyuki Sanada, to na dodatek nie da się ukryć faktu, że grany przez niego bohater praktycznie mógłby zostać z filmu całkowicie usunięty i nikt nie zauważyłby jakieś większej różnicy in minus. Reeves pełni tu bowiem wyłącznie funkcję "kwiatka do kożucha". Przynęty na widzów, których mogłaby odrzucić obsada składająca się z samych japończyków), który jakoś niespecjalnie wyróżnia się na tle innych podobnych produkcji i który nie jest jakoś wybitnie mądry, głęboki czy chociażby oryginalny. Tylko w sumie co z tego?

 

Przecież  trudno chyba wymagać by każdy film aspirował do bycia być taką niekwestionowaną kinematograficzną ucztą jak omawiany tu kilka dni temu, wybitny "Mister Nobody" prawda? 

 

Czasem przecież potrzebny jest także taki typowy "odmóżdzacz". Produkcja niewątpliwie widowiskowa (Na co niewątpliwy wpływ mają świetne scenografie, klimatyczna muzyka skomponowana przez Ilhana Eshkeriego (na którego możemy znaleźć choćby ścieżkę dźwiękową do "Gwiezdnego Pyłu" czy "Centuriona" i przyzwoita robota operatorska wykonana przez Johna Mathiesona (autora zdjęć m.in. do "Gladiatora"), przy której nie trzeba jakoś specjalnie myśleć. Obraz, który po prostu dobrze się ogląda, gdyż zapewnia całkiem przyjemnie spędzony czas przed odbiornikiem. 

 

Jak zatem widzicie uważam, że "47 roninów" to naprawdę nie jest taki zły film i stanowi obraz, który mogę bez większych wątpliwości polecić każdemu kto szuka niewymagającego przesadnego myślenia filmu na wieczorny seans po ciężkim dniu.   

OCENA:

7/10 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci