Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Godzilla" (2014) czyli triumfalny powrót króla potworów

bradesinarus

    Niech Cthulhu będzie z wami!

Godzilla 

Przyznaję, że mimo wszystko trochę obawiałem się tego seansu. Ba! Miałem nawet sny, w których wychodzę z kina kompletnie zażenowanyJednak czy naprawdę można się temu dziwić?


Wszak biorąc pod uwagę to, jak wiele spodziewałem się po produkcji Garetha Edwardsa, która (czego absolutnie nie mam zamiaru ukrywać) po fenomenalnych zwiastunach z miejsca stała się dla mnie najbardziej oczekiwanym obrazem bieżącego roku naprawdę nietrudno było o sytuację, w której konfrontacja wyobrażeń z gotowym produktem byłaby równie "przyjemna" jak zderzenie z betonową ścianą przy jeździe z prędkością 100 km/h a poziom frustracji wynikającej z rozczarowania równie wysoki jak wzrost tytułowego bohatera

 

Bez trudu mogło się przecież okazać, że młody i niedoświadczony reżyser, którego najbardziej znanym dziełem jak do tej pory było świetne niskobudżetowe "Monsters" (czy też jak chcą polscy tłumacze "Strefa X". Tak na marginesie serdecznie polecam sięgnąć po ten tytuł gdyż oferuje dość nietypowe podejście do tematyki creature feature) i który nigdy wcześniej nie miał do czynienia z wysokobudżetowym kinem że biorąc się za bary z "Godzillą" czyli jedną z niekwestionowanych ikon światowej popkultury podjął się zadania, które kompletnie go przerosło.

 

    Że dokumentnie zepsuje drogą zabawkę jaką dostał do ręki (dodajmy, iż dość przypadkowo, gdyż pierwszym wyborem producentów był Guillermo Del Toro, który jednak wolał pracować nad "Pacific Rim") i zrobi film, przy którym nawet tak wyklinana "Godzilla"Rolanda Emmericha (na której notabene byłem w swoim czasie w kinie i nadal uważam, że wcale nie jest aż tak zła jak wszyscy wokół to przedstawiają) będzie prezentować się korzystnie by comparision. 

 

   Tymczasem na świeżo po seansie (wszak nie mogłem się już doczekać i poszedłem na prapremierę) mogę powiedzieć, że moje obawy okazały się płonne. 

 

 Gareth Edwards udowodnił bowiem, że posiada nieprzeciętny talent, doskonale rozumie tematykę wielkich potworów, jest naprawdę sprawnym reżyserem,  i że warto będzie uważnie śledzić jego następne poczynania na niwie kinematografii.


Nie można się zatem dziwić, że dostajemy tu jeśli nie najlepszy, to na pewno jeden z najlepszych "Monster Movies" w historii światowej kinematografii.

 

   Obraz niezaprzeczalnie widowiskowy, który jednak w przeciwieństwie do takich np. "Transformers" czy "Pacific Rim" nie jest tylko wizualnie efektowną ale pustą od strony fabularnej i na dłuższą metę niesłychanie nużącą rozwałką

 

  Nie da się wszak zaprzeczyć, że nowej wersji "Godzilli" pod względem koncepcyjnym jest zdecydowanie bliżej do koreańskiego „Potwora”, "Szczęk", „Parku Jurajskiego” czy wspomnianej tu już "Strefy X" niż do bycia wyłącznie popisem imponujących możliwości współczesnych efektów specjalnych.

 

  Mamy tu zatem znakomicie zbudowany i umiejętnie dawkowany klimat (Ba! Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że Edwards hołduje tzw. „starej szkole”, która w myśl powiedzenia, iż „człowiek najbardziej boi się tego, czego nie zna” każe długo utrzymywać widza w niepewności i trzymać w napięciu co do istoty przedstawianych zjawisk).



  Mamy kapitalnie dobraną muzykę Alexandra Desplata, niegłupią fabułę (aczkolwiek bez przesady i wygórowanych aspiracji. To nie, imo niedoceniany, „Hulk” w reżyserii Anga Lee) co najmniej przyzwoite zdjęcia Seamusa McGarveya(kojarzonego przeze mnie ze świetną robotą wykonaną przy okazji „Pokuty” i „Musimy Porozmawiać o Kevinie”)oraz bardzo wysoki poziom gry aktorskiej (W tym aspekcie warto podkreślić dyspozycję zaprezentowaną przez Bryana Cranstona, który bez wątpienia był najlepszym aktorem tego "spektaklu" Aż szkoda zatem, iż dostał tak mało czasu ekranowego, i osobiście czułem autentyczny niedosyt że (w mojej ocenie zdecydowanie zbyt szybko) twórcy postanowili pozbyć się granej przez niego postaci. 

 

  Dzięki temu wszystkiemu film wywołuje autentyczne emocje i sprawia abyśmy choć odrobinę przejmowali się losem ludzkich bohaterów (nawet pomimo faktu, iż mimo, że w przeważającej większości są oni całkowicie sztampowi i niezbyt interesujący), zamiast z malejącym entuzjazmem czekać na kolejne sceny akcji.

 

  Jeżeli jednak mimo wszystko miałbym się do czegoś przyczepić, to byłyby to dwie rzeczy.

 

   Po pierwsze obsadzony w roli naszego protagonisty Aaron Taylor-Johnson. Rozumiem, że jego angaż miał na celu sprawienie by młodsza część widowni mogła się utożsamiać z kimś mniej więcej w ich wieku ale jak dla mnie "Kick Ass" wypadł trochę zbyt sztywno i zaprezentował zbyt mało charyzmy by być wiarygodnym charakterem. Uważam, że zdecydowanie  lepszym wyborem byłoby uczynienie głównym bohaterem postaci granej przez Bryana Cranston albo (jeśli twórcy już koniecznie chcieli iść w stronę określonego wcześniej audytorium) sięgnęcie po kogokolwiek spośród innych rozważanych kandydatów (Przypomnę tylko, że znajdowali się wśród nich m.in. Henry Cavill,Caleb Landry Jones czy Joseph Gordon Levitt). W ostateczności można było powierzyć tę odpowiedzialną funkcję Kenowi Watanabe. Wszyscy oni zaprezentowali by się o niebo lepiej niż Taylor-Johnson. 


   Po drugie zdecydowanie zbyt mało czasu ekranowego dostała Elizabeth Olsen, która nie tylko jest jedną z najbardziej utalentowanych aktorek młodego pokolenia (Co udowodniła choćby kapitalną kreacją w świetnym "Martha Marcy May Marlene"), ale przede wszystkim ma w sobie tyle naturalnego wdzięku, że niezwykle przyjemnie się na nią patrzy 


Podsumowując. Zdecydowanie zachęcam każdego, kto ma ochotę na trochę rozrywki by poszedł do kina. Warto bowiem na własne oczy przekonał się, że jak na sześćdziesięciolatka Godzilla naprawdę dobrze się trzyma i nadal pozostaje niekwestionowanym "Królem Potworów".


 OCENA

9/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci