Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Wilkołak" {The Wolf Man} (2010) czyli oldschoolowy powiew likantropii

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami!

Wm

 

„Wilkołak” opowiada historię Lawrence'a Talbota (granego przez Benicio Del Toro), parającego się aktorstwem angielskiego szlachcica którego tragiczna śmierć brata, rozszarpanego przez tajemniczą bestię, skłania do powrotu do rodzinnej posiadłości z zamiarem wytropienia i zabicia potwora. 

 

  Muszę powiedzieć jasno: Zrealizowane przez Joe Johnstona (reżysera odpowiedzialnego m.in. za „Jumanji”) dzieło będące swoistym odświeżeniem klasycznego już dziś filmu George'a Waggnera z 1941 roku (nie oglądałem, więc nie będę niestety mógł porównać, czy nowsza wersja wypadła lepiej czy gorzej od starej), który z grającego rolę tytułowego monstrum Lona Chaneya Jr. uczynił prawdziwą ikonę horroru naprawdę przypadło mi do gustu i sprawiło, że zacząłem się poważnie zastanawiać nad tym dlaczego każdy „remake” nie może tak wyglądać?

  Ba! Jestem gotów postawić granaty przeciw orzechom, iż ten film jest jednym z najlepszych horrorów bieżącego stulecia. Jedną z tych nielicznych produkcji (takich jak choćby, omawiana tu już przeze mnie w ubiegłym roku, kapitalna „Sauna” Antti-Jussiego Annili), które pozytywnie wyróżniają się na tle tej całej mizerii jaką ma nam do zaoferowania współczesne kino grozy.

 

Dostajemy tu bowiem nie tylko możliwość rozkoszowania się urodą, wdziękiem, talentem i ekranową charyzmą prezentowaną przez Emily Blunt (I niech ktoś mi teraz spróbuje powiedzieć, że najlepszą aktorką młodego pokolenia jest Jennifer „potrafię grać tylko jeden typ charakteru” Lawrence to chyba własnoręcznie go uduszę.), ale przede wszystkim okazję do delektowania się mrocznym, niemal baśniowym, klimatem oraz bardzo wysokim poziomem aktorstwa (zwłaszcza jeśli chodzi o dyspozycje zaprezentowaną przez Anthony'ego Hopkinsa, który po raz kolejny dowiódł, że nie ma sobie równych jeśli chodzi o granie postaci niejednoznacznych i niepokojących. Wychodzi mu to bowiem najlepiej na świecie)

 

Dostajemy film utrzymany w starym dobrym stylu i przywodzący na myśl dzieła stworzone przez pisarzy wywodzących się z nurtu tzw. „literatury gotyckiej”.

Dostajemy w końcu obraz stawiający opowiadaną, autentycznie wciągającą, historię (tak na marginesie warto dodać, że jednym ze scenarzystów był Andrew Kevin Walker czyli autor skryptów do tak udanych produkcji jak m.in. „Siedem” Davida Finchera czy „Jeździec bez głowy” Tima Burtona) umiejętnie zbudowaną atmosferę grozy (Oczywiście nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć o roli, jaką odgrywają zdjęcia Shelly'ego Johnsona oraz idealnie dopasowana do ogólnego nastroju muzyka, autorstwa niezawodnego Danny'ego Elfmana. Zwróćm jednaki uwagę również na to, jak wiele scen (szczególnie jeśli chodzi o te kluczowe dla dalszego rozwoju fabuły) scen dzieje się tu w nocy i/lub we mgle), aspekt psychologiczny oraz wiarygodnych, a co najważniejsze całkiem wyrazistych bohaterów, którzy nie są nam emocjonalnie obojętni (co, niestety zbyt często, zdarza się w przypadku innych współczesnych horrorów) przed „wizualnymi atrakcjami” (aczkolwiek trzeba podkreślić, że krwi i brutalności również tu nie zabrakło. Zwłaszcza w drugiej połowie).

 

Podsumowując. Mógłbym oczywiście się czepiać, co tak na marginesie robi większość krytyków, wśród których z tego co zdążyłem zauważyć „Wilkołak” raczej nie cieszy się szczególnym uznaniem i wypomnieć filmowi Johnstona, że efekty specjalne momentami ewidentnie nie domagają, że trochę brakuje tu niedopowiedzień a cały trzeci akt jest w mojej ocenie niedopracowany, rozczarowujący i (delikatnie rzecz ujmując) nieprzekonujący. Ba! Gdybym zechciał się zagłębić w tego typu dociekania będzie znalazłbym tysiące innych mniejszych bądź większych wad, które niewątpliwie sprawiłyby, że moja finalna ocena będzie daleka od pozytywnej. Tylko nie bardzo rozumiem po co miałbym to robić? Szczególnie, że wielokrotnie wspominałem na tym blogu, iż dla mnie najbardziej liczy się wrażenie, jakie dany film na mnie wywiera. A w tym przypadku jest ono zdecydowanie i niezaprzeczalnie pozytywne. 

 

  Nie pozostaje mi zatem nic innego, jak tylko byście mimo wszystko sięgnęli po "Wilkołaka" i dali się uwieść oldschoolowemu powiewowi likantropii. 

 

OCENA: 8/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci