Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Balladyna" (2009) czyli chybiona próba "uwspółcześnienia" klasyka

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami!

Balladyna

Reżyseria: Dariusz Zawiślak

 

Muszę przyznać, że gdybym miał oceniać wyłącznie pomysł wyjściowy polegający na tym, by "uczcić" (piszę w cudzysłowie, bo chyba każdy widząc finalny produkt obraziłby się za takie docenienie jego twórczości) 200 rocznicę urodzin Juliusza Słowackiego wzięciem na warsztat jednego z najsłynniejszych polskich dramatów, przeniesieniem akcji do Ameryki (nadal nie wiem w jakim celu) i jego "uwspółcześniem" (posunięcie, które tak swoją drogą było pójściem ścieżką wytyczoną choćby przez "Romeo i Julia" w reżyserii Baza Luhrmanna) to musiałbym wystawić wysoką notę filmowi Dariusza Zawiślaka.  

 

Bo choć nie było to posunięcie jakoś wybitnie nowatorskie nawet na gruncie polskim (Warto przypomnieć choćby o pamiętnej inscenizacji, dokonanej przez Adama Hanuszkiewicza w 1974 roku) to jednak warto docenić odwagę reżysera by spróbować zrobić coś inaczej 

 

Niestety. Jak to często bywa w przypadku polskiego kina wszystko co w tym filmie dobre skończyło się na samym koncepcie. A przecież nawet najciekawszy, najbardziej ambitny pomysł wyjściowy nie wystarczy do tego by widz poczuł się usatysfakcjonowany. Potrzebne jest jeszcze posiadanie interesującej fabuły, ciekawej formy wykonania, dobrej gry aktorskiej i wyrazistych bohaterów. Tu tego wszystkiego ewidentnie zabrakło.

 

Autorowi tego obrazu, który do tej pory odpowiadał co najwyżej za reżyserię dubbingów, zabrakło bowiem choćby odrobiny talentu by w pełni zrealizować swoje zamierzenia. W rezultacie zamiast uraczyć nas filmową ucztę, zafundował nam prawdziwą drogę przez mękę.

 

Dostaliśmy zatem obraz wręcz koszmarny. Dzieło tragicznie zagrane (Nawet nie mam sił by pastwić się nad kuriozalnymi kreacjami Rafała Cieszyńskiego czy Stefana Friedmana bo brakuje mi słów by wyrazić jak bardzo były złe. Nie mam ochoty robić reżyserowi wyrzutów z faktu, że zatrudnienie do jednej z poślednich ról Faye Dunaway było wyłącznie chytrym chwytem marketingowym. Wspomnę więc tylko o tym, że reżyserowi udała się niełatwa sztuka "spauperyzowania" Sonii Bohosiewicz, która obsadzona w głównej roli absolutnie nie pokazała nic, co mogłoby potwierdzić, że ma niezaprzeczalny talent (o czym świadczy choćby dyspozycja zaprezentowana przez nią w "Wojnie Polsko-Ruskiej" Xawerego Żuławskiego)i niewątpliwą ekranową charyzmę), chaotyczny, koszmarnie zrealizowany i pozbawiony choćby odrobiny wdzięku czy uroku. Ba! Przez drętwe, całkowicie pozbawione życia dialogi oraz kompletnie nie interesujących bohaterów wytrzymanie do końca seansu i nie wyłącznie odbiornika było dla mnie w tym wypadku prawdziwym wyzwaniem. 

 

Podsumowując. Serdecznie odradzam oglądanie tego filmu. Zamiast bowiem dobrowolnie skazywać się na tortury znacznie lepiej jest  sięgnąć po tekst oryginalnego dramatu Słowackiego. A jeśli mamy ochotę na odrobinę eksperymentalne podejście do tematu to polecam fantastyczną książkę Ignacego Karpowicza "Balladyny i Romanse"

 

OCENA: 3/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci