Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Porwanie Michela Houellebecqa" (2014)

bradesinarus

PMH

 

 

 

Reżyseria: Guillaume Nicloux

 

Bardzo się cieszę, że udało mi się obejrzeć ten obraz w dniu polskiej premiery (Mam tu na myśli szeroką dystrybucję kinową. Wszak "Porwanie Michela Houellebecqa było u nas wcześniej wyświetlane w lipcu na festiwalu Era Nowe Horyzonty. Notabene to przy tej okazji, z krótkiej relacji w radiowej Trójce w ogóle dowiedziałem się o jego istnieniu i z miejsca stał się on dla mnie chyba najbardziej oczekiwaną produkcją roku i absolutnym "must see") był on chyba najbardziej oczekiwaną przeze mnie premierą września.

 

Dlatego kiedy dowiedziałem się, iż ten film będzie wyświetlany w moim pięknym pięknym mieście (Serdecznie dziękuję niezawodnemu w takich sytuacjach kinu Forum! Oby istniało jak najdłużej) i że będę miał możliwość go zobaczyć poczułem wielką radość

 

Z drugiej zaś strony przyznaję, że miałem poważne obawy czy nie powtórzy się casus "Babadooka”, o którym słyszałem wiele ciepłych słów (M. in. że to horror porównywalnej klasy jak „Dziecko Rosemary” czy „Musimy Porozmawiać o Kevinie”) a którego do dziś nie miałem przyjemności zobaczyć ponieważ film okazał się najwyraźniej zbyt ambitny dla moich współmieszkańców i  seans, na który specjalnie poszedłem się nie odbył z powodu braku chętnych ( Dodam tylko, że w sieci skąd czasem zdarza mi się czerpać produkcje, które nie miały w Polsce swojej premiery na żadnym nośniku, a które uważam za potencjalnie godne tego, aby się nimi zainteresować również ani widu ani słychu po tym debiutanckim obrazie australijskiej reżyserki Jennifer Kent) 

 

Powodem, dla którego tak bardzo oczekiwałem dzieła zrealizowanego przez Guillame'a Nicloux był, jak pewnie zdążyliście się już domyślić, jego bohater czyli Michel Houellebecq (Ba! Od razu dodajmy, że w filmie grany przez samego Michela Houellebecqa! Taka, że tak powiem, „Houellebecq-cepcja”:) 

 

Człowiek, który jest (czy się to komuś podoba czy nie) jednym ze zdecydowanie najważniejszych i najbardziej opiniotwórczych współczesnych pisarzy.

 

Nietuzinkowy autor takich powieści jak  „Mapa i terytorium” (Moim osobistym zdaniem jego największe osiągnięcie), „Poszerzenie pola walki”, "Platforma", "Możliwości Wyspy" i „Cząstki elementarne”.

 

Osoba obdarzona bardzo dużym dystansem do siebie (czego dowodem, poza kreacją w tym filmie, która podobno kompletnie nie przypomina tego jakim człowiekiem Houellebecq  jest naprawdę, może być choćby to, że we wspomnianej tu już  „Mapie i Terytorium” ofiarą brutalnego morderstwa uczynił on... pisarza Michela Houellebecqa wcześniej portretując się jako osobę wyjątkowo antypatyczną)

 

Bezlitosny i bezkompromisowy krytyk współczesnego świata, którego (jak wprost stwierdza w jednej ze swoich książek) zdecydowanie nie lubi.

 

Jednym słowem człowiek, którego poglądy podzielam i śmiało mógłbym go nazwać swoim autorytetem w kwesti tworzenia czegokolwiek (Zastanawiające jest więc to, że żadna z jego książek nie znalazła się na sporządzonej przeze mnie nie tak dawno liście najważniejszych pozycji jakie kiedykolwiek przeczytałem).

 

Ale wróćmy może do rzeczy.

 

Fabuła „Porwania Michela Houellebecqa” skupia się na tajemniczym zdarzeniu, które stało się udziałem francuskiego pisarza w 2011.

 

Wówczas to, bez żadnego usprawiedliwienia, nie stawił się on na umówione spotkanie autorskie i przez ponad tydzień nie było z nim żadnego kontaktu. Media spekulowały, że został uprowadzony przez Al-Kaidę (powodem miały być negatywne wobec Islamu uwagi jakie można znaleźć w jego utworach) lub przez UFO. Kiedy w końcu udało się go odnaleźć, na terenie jego hiszpańskiej posiadłości, stwierdził, że na spotkaniu się nie pojawił bo o nim … zapomniał.

 

W „Porwaniu Michela Houllebecqa” punktem wyjścia całej „intrygi” jest teza, że pisarza dla okupu porwała trójka niespecjalnie rozgarniętych zbirów.

 

Reżyser świadomie rezygnuje jednak ze wszystkich cech, z jakimi zazwyczaj kojarzy się nam kino sensacyjne (podobnie jak zrobił to choćby Jim Jarmusch w rewelacyjnym „Poza Prawem”).

 

I trzeba przyznać, że wychodzi mu to znakomicie! Otrzymaliśmy bowiem dzieło oparte głównie na dialogu (Czyli dyskusjach o literaturze, muzyki a także m.in. Polsce. Dowiadujemy się tu zatem, że kiedy przyspieszymy utwory Bethowena to otrzymamy Mozarta, że nuda ma bardzo duży wpływ na powstanie dzieła literackiego a Polska tak naprawdę nie istnieje (Czyżby antycypacja nagranych na tzw. taśmach kelnerów słów ministra Sienkiewicza, iż nasze państwo działa tylko teoretycznie?) i wyrazistych charakterach. Film, który choć usiłuje być paradokumentem to tak naprawdę bliski jest klimatom twórczości takich mistrzów „przegadanych” i „leniwie snujących się” obrazów jak wspomniany nieco wyżej Jim Jarmuscha, Paul Auster, Gus van Sant czy wczesny Kevin Smith.

 

Tak więc z góry uprzedzam że fani widowiskowego kina z ekstremalnie szybkim tempem, wybuchami i wieloma zwrotami akcji nie mają w tym filmie raczej czego szukać, gdyż najzwyczajniej w świecie się wynudzą, jako że nie dzieje się tu nic szczególnie ciekawego 

 

Ba! Ludzie, którzy nigdy o Houellebecqu nie słyszeli (Nie wiem, czy jest to w ogóle możliwe, ale na moment załóżmy że tak), czy też szukają koronkowo rozpisanego, od początku do końca przemyślanego  scenariusza również powinni omijać wyświetlające ten obraz kino szerokim łukiem.

 

Wszak sam reżyser absolutnie nie ukrywa (przyznaje to bowiem w praktycznie każdym wywiadzie na temat tego obrazu), iż na planie dysponował jedynie luźno rozrysowanym scenariuszem a zdecydowana większość tego co widzimy na ekranie jest wynikiem swobodnej improwizacji przez aktorów (z których na plan pierwszy zdecydowanie wysuwa się sam Houellebecq, który bardzo dobrze odnalazł się w nowej dla niego roli, wypadł naturalnie (Co zważywszy na fakt, że grał siebie raczej szczególnie trudne nie było), kompletnie zdominował swoich ekranowych partnerów i po prostu ciężko  było oderwać wzrok od zaprezentowanej przez niego dyspozycji. Oj coś czuję, że wybór najlepszej aktorskiej kreacji tego roku będzie niezwykle trudnym zadaniem. Wszak poza Houellebecqiem konkurentami do tego tytułu będą (przynajmniej jak na ten moment, może jeszcze ktoś dołączy) Michael Fassbender za "Franka" i Tom Hardy za "Locke". 

 

Podsumowując. Jeśli lubicie kino niespieszne, nieco przeintelektualizowane, pełne niekwestionowanego wdzięku i interesujących bohaterów pomiędzy którymi wyraźnie widoczna jest dobra interakcja (Albo, tak jak ja, jesteście fanami twórczości tego francuskiego pisarza) to „Porwanie Michela Houellebecqa” niewątpliwie powinno was zainteresować. W przeciwnym wypadku lepiej sięgnijcie po coś innego, gdyż będziecie się w kinie nieziemsko nudzić.

 

MOJA OCENA: 9/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci