Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Babadook" (2014)

bradesinarus

 

Niech Cthulhu będzie z wami! 

 

Zauważyłem pewną, dość niepokojącą tendencję. Otóż ostatnimi czasy zaniedbałem oglądanie horrorów (Ba! W ogóle zaniedbałem tego bloga i moje notki są mniej więcej tak bogate w treść jak Daniel Radcliffe w umiejętności aktorskie albo różnorodność kreacji Jennifer Lawrence:) ) i już dawno nie gościliśmy tutaj przedstawiciela kina grozy.

 

I choć pewnie mógłbym się tłumaczyć, że stało się tak dlatego, iż nie natrafiłem na żaden tytuł, któremu udało by się mnie przekonać do tego abym poświęcił mu odrobinę czasu, to jednak przyznaję, że zaczynałem odczuwać z tego powodu dyskomfort, gdyż (jak pewnie zauważyliście) bardzo lubię produkcję mroczne i trzymające w napięciu. No cóż! Pora coś w tej kwesti zmienić



Tak się bowiem idealnie składa, że w końcu udało mi się „dorwać” produkcję, na którą długo polowałem (Historię o tym jak to chciałem obejrzeć ten film w kinie opowiadałem już tyle razy, że chyba nie ma sensu jej powtarzać) i po której naprawdę dużo sobie obiecywałem. Chodzi mi tu oczywiście, jak pewnie zdążyliście się już domyślić, o australijski horror „Babadook” autorstwa Jennifer Kent.

 

I od razu powiem, że jestem pod ogromnym wrażeniem tego filmu. Ba! Już teraz mogę zadeklarować, że australijska (czyli jednak w Australii filmy potrafią kręcić nie tylko Peter Weir, Ben C. Lucas i Sean Byrne) pani reżyser dołącza do mojej krótkiej listy filmowców których karierę warto będzie śledzić.



Sądząc bowiem po tym co pokazała w swoim debiucie i biorąc pod uwagę fakt, że udało jej się stworzyć dzieło ciekawe i niebanalne, które niewątpliwie docenią, (nierozpieszczani ostatnimi czasy przez filmowców), widzowie preferujący horrory posiadające klimat grozy, głębię czy interesującą historię a nie potoki krwi, i epatowanie obrzydlistwem można śmiało pokusić się o konstatację, iż posiada ona spory talent, gatunkowe wyczucie a przede wszystkim warsztatową klasę pozwalającą jej budować niesamowity klimat (Warto w tym miejscu podkreślić rolę jaką odegrała muzyka Jeda Kurzela i zdjęcia autorstwa polskiego operatora Radosława Ławczuka).



Poza tym warto wspomnieć, że w mojej ocenie „Babadook” (Obraz zrealizowany w starym stylu i spokojnie wytrzymujący porównania z „Musimy porozmawiać o Kevinie”, „Wstrętem” czy „Lokatorem”, które przed seansem mogły wydawać się na wyrost) jest poważnym kandydatem do miana najlepszego horroru bieżącego roku, któremu w końcowym triumfie zagrozić może (wobec delikatnego rozczarowania „Zbaw nas ode złego” czyli najnowszym filmem Scotta Dericksona, który tym razem (w przeciwieństwie do takiego choćby „Sinistera”) próbował klimatem zamaskować kompletną randomowość i przewidywalność fabuły) co najwyżej „Oculus” Mike'a Flanagana.



Dostajemy wszak Dzielo eklektyczne i intrygujące (co ostatnimi czasy udaje się coraz mniejszej ilości produkcji) a przede fwszystkim film piekielnie niejednoznaczny i nie obrażający inteligencji widza. ie dość bowiem, że zakończenie właściwie jest nierozstrzygnięte to w dodatku widz może się doszukiwać w tym obrazie drugiego dna i twierdzić, że wszystkie przedstawione wydarzenia mają jak najbardziej racjonalny charakter a całość jest przekonującym obrazem stopniowego popadania przez główną bohaterkę (przekonująco zagraną przez Essie Davis) w obłęd

 

Krótko mówiąc jeśli szukacie horroru minimalistycznego i niekoniecznie efektownego ale piekielnie efektywnego jeśli chodzi o wywierane wrażenie, to „Babadook” wydaje się być produkcją specjalnie dla was.

 

OCENA: 8/10  

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci