Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Rehabilitacja Davida Cronenberga

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami!

Map%2Bto%2Bthe%2Bstars%2Bnew%2Bposter%2B(3)

 

Można mieć różne opinie na temat tego kanadyjskiego reżysera (w końcu nie każdy musi być fanem mrocznego i dość obrzydliwego klimatu jego dzieł. Zwłaszcza tych najwcześniejszych), ale nie da się zaprzeczyć temu, że  David Cronenberg jest jednym z najbardziej oryginalnych i najbardziej współczesnych filmowców. Że posiada własny, absolutnie niepodrabialny styl (co naprawdę rzadko się obecnie zdarza), że śmiało penetruje mroczne rejony w jakie inni filmowcy raczej się nie zapuszczają (Nie przez przypadek jest on wszak nazywany ojcem "kina cielesnego rozkładu")  a takimi filmami jak "Videodrome", "Existenz", "Pająk" czy "Mucha" zapisał się na stałe w historii kina.

 

Niestety ostatnie lata nie były korzystnym okresem jego twórczości, czego dowodem może być chociażby niezbyt udany (oględnie rzecz ujmując. Aczkolwiek osobiście wystawiłem mu, głównie przez szacunek do jego twórcy, 6/10) "Cosmopolis", który jest obrazem tak nudnym i przegadanym, że z największym trudem dotarłem do końca. 

 

Na szczęście ten czas chyba się skończył. Bo choć "Mapy Gwiazd" trudno nazwać najlepszym filmem w jego dorobku (Zdecydowanie ustępują one choćby "Pająkowi") i daleko im do poziomu takich, arcydzieł jak "Bulwar Zachodzącego Słońca", "Burton Fink" czy "Mulholland Dr." czyli obrazów, które (przynajmniej w mojej opinii) znacznie lepiej ukazują nam kulisy Hollywood, to jednak muszę przyznać, że jestem zadowolony z seansu. 

 

Dostaliśmy bowiem nie tylko błyskotliwą satyrę na fabrykę sław, ale przede wszystkim bezkompromisową wiwisekcję dysfunkcyjnej rodziny (Co, tak na marginesie, przypomina mi o tym, że muszę w końcu sięgnąć po, zdecydowanie zbyt długo odkładanego, "Kła" w reżyserii Yorgosa Lanthimosa) . Film, który urzeka odrobinę onirycznym klimatem, umiejętną realizacją, świetnie rozpisanymi postaciami, interesującą fabułą oraz, a może przede wszystkim kapitalnymi kreacjami aktorskimi Julianne Moore (Naprawdę nie zdziwiłbym się gdyby za ten film została nominowana do Oscara) i Mii Wasikowskiej ( od czasu wyśmienitego "Stokera" z każdym kolejnym filmem coraz bardziej zyskuje ona w moich oczach udowadniając, że można łączyć nieziemską urodę i ogromny talent)

 

Ba! Reżyserowi udało się w końcu osiągnąć to, co absolutnie nie zadziałało w "Cosmopolis" i było jednym z "gwoździ do trumny" tamtej produkcji.

 

Sprawił mianowicie by Robert Pattinson (powszechnie kojarzony ze "Zmierzchem i uważany za synonim wszystkiego co najgorsze w przemyśle filmowym)  zaprezentował się całkiem korzystnie i pokazał, że przy dobrym scenariuszu i sprawnym poprowadzeniu przez reżysera  potrafi być naprawdę niezłym aktorem. 

 

Podsumowując. "Mapy Gwiazd" są bez wątpienia filmem wartym uwagi i jednym z najlepszych obrazów bieżącego roku. 

 

OCENA: 8/10 

Komentarze (4)

Dodaj komentarz
  • ilsa333

    Też widziałam i też mi się spodobał. Ale szczerze mówiąc, byłam zdziwiona widząc nazwisko Cronenberga jako twórcy. Przywykłam do innych filmów w jego wydaniu, a tu taka całkiem 'nieobrzydliwa historia'. Obejrzałam też, w końcu, "Lucy". I też mi się podobał. W brew temu co pisałeś, uważam że udało mu się w dużym stopniu spełnić wymogi kina ambitniejszego i efektownego. Na pewno bardziej niż okrzyczanemu "Atlasowi chmur", który jest dla mnie, oczywiście, najlepszym przykładem fabularnej wydmuszki w bajeranckiej oprawie

  • bradesinarus

    1. W sumie to David Cronenberg już od jakiegoś czasu (Mniej więcej od 2002 roku, kiedy to dostaliśmy kapitalnego "Pająka") porzucił kino stricte obrzydliwe i zajął się kręceniem filmów bardziej lightowych oraz "łatwiejszych w odbiorze". Obrazów takich jak "Historia przemocy" czy "Niebezpieczna Metoda". Ba! Aktualnie obrazem, który w największym stopniu przypomnina jego wcześniejsze dokonania jest świetny "Antiviral" czyli film wyreżyserowany przez jego syna Brandona (Tak więc niedaleko padło jabłko od jabłoni)

    2. Zdecydowanie się nie zgodzę. Wymogi kina ambitniejszego i efektownego spełnia choćby "Dystrykt 9" czy "Blade Runner" czyli produkcje, na których tle "Lucy" wygląda jak ubogi krewny. Wyżej wymienione obrazu bowiem angażują zamiast nużyć. Aczkolwiek przyznam, że i tak byłem litościwy (pewnie przez wgląd na fakt, że "Leon Zawodowiec" to jeden z moich ulubionych filmów ever więc Luc Besson ma u mnie ogromny kredyt zaufania) gdyż widziałem recenzje (Konkretnie na blogu quentin.blox.pl/html ), gdzie temu filmowi dano 1/10.

  • ilsa333

    do Qentina już od dawna nie zaglądam, bo za bardzo chaotyczny jest ten jego blog;P, więc nie wiem jak to uzasadnił. W każdym bądź razie mnie się film podobał. Może dlatego, że niczego od niego nie oczekiwałam, po Twojej recenzji, tj. niczego dobrego.

  • bradesinarus

    No cóż! Skoro mówisz, że nie czytałaś recenzji autorstwa Quentina, to postaram ci się ją krótko i zwięźle przedstawić jednocześnie zachowując sens (Czyli, zgodnie z terminologią której uczyli nas na studiach, sporządzić jej streszczenie dokumentacyjne).

    Otóż napisał on, że Lucy to film, w którym nie ma akcji, mrugnięcia okiem, pokiwania głową, że tak, jaja sobie z was robimy ani emocji ( Gdyż, tu odrobinę dłuższy cytat, : Nie mam nic przeciwko odmóżdżającej, efektownej rozpierdusze z dowcipem. Podejrzewam więc, że Lucy obejrzałbym z przyjemnością, gdyby tytułowa bohaterka po prostu zwyczajnie napieprzała się z koreańskimi oprychami. A niech tam, niechby i sobie nawet jakiś samochód pofrunął, czy sympatyczny plaskacz urwał komuś głowę. Ale nie. Filmowa Lucy została tu obdarzona umiejętnościami fantastycznymi, wobec czego coś, co miało być naparzanką jest wejściem Lucy do pomieszczenia, kiwnięciem palcem i posłaniem w ten sposób oprychów w powietrze. A oprychy cały film za nią biegają jak durnie, w czym w ogóle nie ma żadnych emocji, bo przecież dobrze wiadomo, że gdy przyjdzie do strzelaniny to Lucy splunie i w ten sposób rozpuści ich broń na czynniki pierwsze. ) wyłącznie kombinowanie na siłę i pseudonaukowy bełkot oparty na błędnym założeniu i podawany przez, fajnych przecież, aktorów ze śmiertelnie poważnymi minami jak gdyby w to wierzyli . Lucy jego zdaniem to kino ani efektowne, ani dowcipne. Prawdziwa zgroza i kuriozum

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci