Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Krótka piłka: "Eliza Graves" (2014)

bradesinarus

 

Niech Cthulhu będzie z wami!

 

Zacznę może od stwierdzenia, że „Eliza Graves”, która z powodu swej tematyki i osoby reżysera była jedną z najbardziej oczekiwanych przeze mnie produkcji tego roku, zdecydowanie mnie nie zawiodła.

 

Bo choć twórcom nie udało się niestety osiągnąć poziomu genialnej „Wyspy Tajemnic” (Prawdę mówiąc rzadko komu ta sztuka się udaje, więc nie jest to jakiś wielki mankament) jednak posiada ona wystarczająco dużo argumentów pozwalających uznać ją za kawał dobrego kina.

 

Dostaliśmy tu zatem dzieło klimatyczne (w tym starym dobrym stylu, który tak spodobał mi się w „Wilkołaku” Joe Johnstona), stawiające raczej na atmosferę i nastrój niż epatowanie ekranową makabrą, interesujące, angażujące, bardzo dobrze zagrane (Zresztą chyba trudno się temu dziwić, skoro reżyserowi udało się namówić do współpracy m.in. Bena Kingsley, Jima Sturgessa, Michaela Caine'a czy Davida Thewlisa. Ba!Muszę powiedzieć, że nawet Kate Beckinsale, której na co dzień kompletnie nie trawię, w tym obrazie nieszczególnie mnie drażniła. Aczkolwiek, jeśli miałbym być w stu procentach szczery wolałbym gdyby na jej miejsce zatrudniono kogo innego. Myślę, że np. Emily Blunt odnalazła by się genialnie w tych klimatach) i przyzwoicie opowiedziany a w dodatku dziejący się w mojej ulubionej lokacji czyli szpitalu psychiatrycznym (Na dowód czego mogę powiedzieć, że jestem chyba jedyną osobą na świecie, której podobał się „The Ward” Johna Carpentera).

 

Warto również wspomnieć, że za scenariusz odpowiadał Joe Gangemi czyli jeden z twórców skryptu do, omawianego tu nie tak dawno, świetnego „Wind Chill” Gregory'ego Jacobsa a na fotelu reżysera zasiadł Brad Anderson, utalentowany filmowiec mający na swoim koncie takie dzieła jak chociażby „Mechanik”, „Dziewiąta Sesja” czy ubiegłoroczne „Połączenie”. Krótko mówiąc od początku byliśmy w dobrych rękach.

 

Podsumowując. Zdecydowanie polecam obejrzenie „Eliza Graves” każdemu kto, kto mieni się fanem kina grozy. Nie ulega bowiem najmniejszej wątpliwości, że jest to jeden z najciekawszych horrorów bieżącego roku.

 

W dziesiejszych czasach, zdominowanych przez remaki, sequele i średniaki udające rewolucyjne produkcje (vide „Obecność”) coraz rzadziej mamy bowiem okazję obcować z dziełami (szczególnie wśród produkcji wysokobudżetowych), które nie próbują utopić nas we krwi, ale są subtelnie opowiedziane, znakomicie zagrane, atmosferyczne i dowodzą gatunkowej biegłości swoich twórców.



Należy więc docenić, że „Elisa Graves” jest właśnie taką produkcją.

 

OCENA: 8/10 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci