Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Krótka piłka: "Strażnicy Galaktyki" (2014)

bradesinarus

SOG

Niech Cthulhu będzie z wami!



Przyznam się szczerze, że nie jestem wielkim fanem filmów opartych na komiksach i z reguły staram się ich unikać. Nie oglądać tych wszystkich „Iron Manów”, „Thorów” czy „Kapitanów Ameryka”, którymi zachwyca się niemal cały świat. Poza tym, co nietrudno zauważyć, bywam przekorny i dość często mam inne zdanie na temat jakiegoś filmu niż reszta społeczeństwa (Zwłaszcza jeśli chodzi o obrazy, które (tak jak to miało miejsce w przypadku „Obecności”) wszyscy wokół wynoszą pod niebiosa)



Jednak w wypadku „Strażników Galaktyki” nie miałem innego wyjścia jak tylko nagiąć swoje zasady. I w sumie bardzo się z tego cieszę, albowiem gdybym ślepo się ich trzymał, przegapiłbym naprawdę fajną produkcję.



James Gunn, reżyser omawianego tu nie tak dawno świetnego „Super” z Ellen Page i Rainnem Wilsonem dowiódł wszak wszem i wobec, że jest naprawdę sprawnym filmowcem, który rozumie popkulturę niemal równie dobrze Joss Whedon (Albo nawet lepiej, gdyż dla mnie „Avengers” byli mimo wszystko filmem niemal o klasę gorszym od „Strażników Galaktyki”) i przyrządził nam przepyszne danie, którym czuję się absolutnie usatysfakcjonowany.



Strażnicy Galaktyki” to dzieło, które niewątpliwie mogłoby znaleźć się w każdym podręczniku początkującego filmowcy jako wzorcowy przykład idealnie zbilansowanego i niezaprzeczalnie bezpretensjonalnego kina rozrywkowego.



Mamy tu zatem lekkie dialogi, humor wywołujący autentyczny i niewymuszony uśmiech na twarzy, widowiskowe sceny akcji, bardzo dobre tempo (tak więc nie ma tu miejsca na nudę) oraz interesujących bohaterów, których łączy niezaprzeczalna ekranowa chemia i z którymi bardzo łatwo idzie się widzowi utożsamić (Nawet jeśli jeden z nich jest szopem praczem z rakietnicą (któremu, tak na marginesie, głosu udzielił Bradley Cooper), a drugi drzewem gadającym głosem Vina Diesela (choć właściwie gadającym to trochę za dużo powiedziane, skoro jego rola sprowadza się do ciągłego powtarzania „I am Groot!” )



Oczywiście to wcale nie znaczy, że „Strażnicy Galaktyki” są dziełem idealnym, które na stałe zapisze się w annałach historii.



Ba! Gdybym chciał, to sam mógłbym znaleźć całą litanię minusów tej pozycji. Czepiać się, że scenariusz nie jest zbyt głęboki i przesadnie oryginalny (pełnymi garściami czerpie bowiem z takich klasyków kina SF jak „Gwiezdne Wojny” jedynie twórcze zapożyczone elementy modyfikując), że oprawa muzyczna autorstwa Taylora Batesa (typowego hollywoodzkiego rzemieślnika, w którego dorobku trudno doszukać się jakiegoś jednolitego stylu. Tak więc Clintem Mansellem to on raczej nigdy nie będzie) nie robi praktycznie żadnego wrażenia i daleko jest choćby do tego, co zaprezentował Ramin Djawadi przy okazji soundtracku do ubiegłorocznego „Pacific Rim”, że antagonista (w którego wciela się ucharakteryzowany do granic nierozpoznania Lee Pace znany ze świetnej dyspozycji zaprezentowanej w przepięknym „The Fall” Tarsema) nie jest szczególnie charyzmatyczny. I wiecie co? Wszystkie te zarzuty będą najprawdziwszą prawdą!



Tylko co z tego, skoro w tym wypadku całość jest czymś więcej niż tylko prostą sumą elementów składowych? Skoro ten film ma przede wszystkim bawić i zapewniać rozrywkę, a z tym zadaniem radzi sobie lepiej niż dobrze.



Podsumowując. „Strażnicy Galaktyki” to dokładnie taki obraz, jakiego aktualnie potrzebowałem, na którego drugą część będę niecierpliwie czekał i który zdecydowanie mogę polecić . Dostajemy tu bowiem kino lekkie, bezpretensjonalne świetnie zrealizowane i zapewniające niesamowitą satysfakcję z seansu i potężną dawkę pozytywnej energii.



OCENA: 8/10 





 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci