Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Noe" czyli spektakularna porażka Darrena Aronofsky'ego

bradesinarus

noah_movie_poster_1        

Niech Cthulhu będzie z wami!

 

Mieliśmy już wiele przykładów (Choćby ubiegłoroczne „Lords of Salem” Roba Zombie czy „Prometeusz” Ridleya Scotta) na potwierdzenie teorii, że każdy reżyser (nieważne czy utalentowany czy też nie) na tym czy innym etapie swojej twórczości musi się potknąć i „spłodzić” film, który zdecydowanie odstaje poziomem od jego wcześniejszych dokonań. Że nie da się utrzymywać równej formy przez całą karierę. Powinienem zatem być do tego przyzwyczajony.

 

Mimo wszystko jednak „Noe” mnie załamał. Nie spodziewałem się bowiem aż tak złego filmu i przykro mi było patrzeć na to, jak nisko upadł jeden z moich ulubionych reżyserów Darren Aronofsky. Uważam bowiem, że jest to jeden z najciekawszych współczesnych filmowców. Twórca mający swój absolutnie niepodrabialny styl. Autor m.in. „Czarnego Łabędzia” czyli chyba najlepszego filmu jaki w życiu widziałem (a na pewno znajdującego się w ścisłej czołówce). Tymczasem tutaj absolutnie nie było widać nawet zalążków jego niewątpliwego talentu.

 

Co z tego bowiem, że Clint Mansell i Matthew Libatique wykonali kawał dobrej roboty, udowadniając, że są prawdziwymi artystami dźwięku i obrazu, skoro na wszystkich innych polach „Noe” niewiarygodnie kuleje.

 

Bohaterowie są nieciekawi i kompletnie pozbawieni życia (co sprawia, że świetna obsada jaką Aronofsky'emu udało się zebrać (Russel Crowe, Anthony Hopkins, Emma Watson czy Jennifer Connoly) została w zasadzie zmarnowana, gdyż aktorzy nie mają co grać i wałęsają się po ekranie w te i we wte.), interakcje pomiędzy nimi praktycznie nie istnieją, fabuła nie wzbudza zainteresowania (w dodatku skręca w stronę kina fantasy (którego, tak na marginesie, kompletnie nie trawię) i wprowadzająca do historii Noego całkowicie niepotrzebne innowacje w rodzaju gigantycznych skalnych potworów pomagających budować arkę), niemal 130 milionowy budżet pochłonęły chyba wody Potopu, gdyż efekty specjalne należą do najgorszych jakich zdarzyło mi się ostatnio doświadczyć a dialogi są całkowicie pozbawione finezji i przesadnie patetyczne.

 

Jednak największym mankamentem(jakby komuś mało było tego, co wymieniłem powyżej) jest w mojej ocenie przerażająca nuda wynikająca z faktu, że wydarzenia przedstawione na ekranie i los bohaterów są nam idealnie obojętne. Ba! Przyznaję, że sam omal nie wyłączyłem tego filmu w połowie.

 

Podsumowując. Kwestię największego rozczarowania roku mamy już definitywnie rozstrzygniętą (Aczkolwiek nie byłbym tego tak do końca pewien. Wszak nie widziałem jeszcze „Interstellar”czy „Zaginionej Dziewczyny” czyli produkcji, których trailery mnie dały mi poważne powody do obaw).

 

Tak gwoli ścisłości. Oczywiście rozumiem i w pełni akceptuję to, iż Darren Aronofsky chciał spróbować czegoś nowego i przeznaczonego dla szerszego kręgu odbiorców niż jego dotychczasowe dokonania. Że pokusił się na pewnego rodzaju eksperyment i stworzenie filmu wysokobudżetowego o Potopie. Każdy twórca aby się rozwijać musi ciągle poszukiwać nowych wyzwań. Dla artysty nie ma bowiem nic gorszego niż stagnacja.

 

Nie mogę jednak zaakceptować marnej jakości finalnego rezultatu jego starań.

 

Dlatego też, z ciężkim sercem, powiedzieć, że serdecznie odradzam sięganie po tę produkcję. „Noe” bowiem to film bardzo słaby, który zdecydowanie nie jest wart ani minuty spędzonej przed ekranem. Ba! Równie dobrze mógłby wypełznąć z mrocznych kazamatów niesławnej wytwórni Asylum a nie być dziełem jednego z najlepszych współczesnych reżyserów.

 

 

OCENA: 4/10          

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci