Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Mechaniczna Pomarańcza" (Clockwork Orange) (1971)

bradesinarus
Clockwork_orangeA

 

Niech Cthulhu będzie z wami!

Aż wstyd się przyznać (szczególnie jeśli chce się aspirować do miana „znawcy filmów” ale dziś pierwszy raz w życiu „zaliczyłem” „Mechaniczną Pomarańczę”. Ekranizację kontrowersyjnej powieści Anthony'ego Burgessa i pozycję z mojej (wbrew pozorom wcale nie takiej krótkiej) „listy wstydu” czyli niekwestionowanych klasyków kina, które zawsze chciałem zobaczyć ale nigdy nie było okazji. I muszę powiedzieć, że delikatnie się rozczarowałem.

 

Od razu muszę jednak wyjaśnić pewną rzecz. Absolutnie nie mam zamiaru twierdzić, że „Mechaniczna Pomarańcza” jest filmem złym. Ba! Powiedziałbym nawet, że jest obrazem niemal wybitnym, który (niecnie wykorzystując fakt, że (jak podaje filmweb) jego oficjalna polska premiera kinowa odbyła się w październiku bieżącego roku) mógłbym śmiało włączyć do rywalizacji o tytuł najlepszego filmu A.D. 2014. I to z poważnymi szansami na finałowy triumf.

 

Wyraźnie czuć tu bowiem rękę wielkiego reżysera, którym Stanley Kubrick niewątpliwie był (Czego dowiódł m.in. znakomitym „Lśnieniem”), strona wizualna jest atrakcyjna (mam tu na myśli przede wszystkim fantazyjną scenografię) a fabuła naprawdę interesująca. Jednak głównym powodem uprawniającym mnie do takich stwierdzeń jest zasługą Malcolma McDowell. Udowadnia on bowiem w wszem i wobec, że jest absolutnie genialnym aktorem, tak więc stworzony przez niego Alex (główny bohater zarówno książki jak i filmu) jest wiarygodny, całkowicie przekonujący i paradoksalnie wzbudza naszą sympatię .

 

Ba! Gdyby Oscary cokolwiek znaczyły, to w mojej ocenie właśnie McDowell powinien był dostać statuetkę za najlepszą rolę pierwszoplanową w 1972 roku. Aczkolwiek trzeba zaznaczyć, że ostatecznie powędrowała ona w ręce Gene'a Hackmana (nagrodzonego za „Francuskiego Łącznika”) czyli finałowy rezultat śmiało można uznać za satysfakcjonujący.

 

Szkoda zatem, że od czasu niesławnego „Caliguli” (który bez wątpienia mocno nadszarpnął jego wizerunek) ten wyśmienity aktor już nigdy nie miał okazji wznieść się na podobny poziom i zaprezentować nam pełni swego potencjału. Że dziś na jego koncie (poza nielicznymi wyjątkami w rodzaju Samuela Loomisa w świetnym „Halloween” i „Halloween 2” Roba Zombie) znajdziemy przede wszystkim epizody jak też beznadziejne role w beznadziejnych filmach czyli m.in. „Silent Hill Apokalipsa” czy „Silent Night”). No cóż ja McDowella lubię i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś uśmiechnie się do niego szczęście i będę mógł zobaczyć go w głównej roli w filmie uznanego reżysera, gdzie będzie miał możliwość udowodnienia światu, że zbyt wcześnie został spisany na straty i że nie roztrwonił swojego nieprzeciętnego talentu.

 

Dlaczego więc zatem napisałem, że jest to produkcja niemal wybitna? No cóż. Powód jest prosty a wręcz banalny. Otóż po nasłuchaniu się o tym filmie wyłącznie samych entuzjastycznych opinii spodziewałem się czegoś co mnie znokautuje. Co sprawi, że z szeroko otwartymi ustami będę chłonął każdą klatkę. Tymczasem nic takiego się nie stało. Może to wynik tego, że widziałem już naprawdę sporo różnych filmów i coraz trudniej jest mi się zachwycić widzianym obrazem (Ostatnim takim przypadkiem była chyba omawiana nie tak dawno wyśmienita „Mama” autorstwa kanadyjskiego reżysera Xaviera Dolana. Dzieło, które przynajmniej jak na ten moment jest zdecydowanie najlepszym tytułem jaki miałem przyjemność oglądać w bieżącym roku) nie wywołał we mnie aż takich emocji na jakie byłem nastawiony i śmiało mogę go uznać za delikatne rozczarowanie.

 

Podsumowując. Mimo wszystko zachęcam jednak każdego kto jeszcze tego nie zrobił do sięgnięcia po „Mechaniczną Pomarańczę”. Jest to bowiem niewątpliwie kawał historii kina.

 

OCENA: 8/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci