Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Foxcatcher" (2014) czyli przegląd oscarowych faworytów (Część 4)

bradesinarus

foxcatcher

Niech Cthulhu będzie z wami! 

 

Muszę powiedzieć, że ten rok przynajmniej w jednym aspekcie już okazał się lepszy od poprzednich 12 miesięcy. Jak do tej pory bowiem praktycznie wszystkie filmy, z którymi wiązałem większe bądź mniejsze oczekiwania okazywały się co najmniej satysfakcjonujące. Nie inaczej rzecz się ma z obrazem, któremu chcę poświęcić kilka słów. 

 

 Zacznijmy jednak od tego, że jest dla mnie rzeczą co najmniej zastanawiającą i kompletnie niezrozumiałą dlaczego "Foxcatcher" (bo o nim mowa) nie znalazł się w gronie tytułów nominowanych do tegorocznych Oscarów.

 

I nie piszę tak wyłącznie dlatego, że ta produkcja mi się podobała (nawet bardzo). Po prostu wydawało by mi się logicznym posunięciem by film, który zgarnie nominacje dla najlepszego reżysera (Bennett Miller), najlepszego aktora pierwszoplanowego (Steve Carrell), za najlepszy scenariusz (E. Max Frye, Dan Futterman), za najlepszego aktora drugoplanowego (Marc Ruffalo) i za najlepszą charakteryzację został również wyróżniony w najważniejszej kategorii. Szczególnie, że wśród produkcji potencjalnie branych pod uwagę przy ogłaszaniu końcowego werdyktu znalazła się "Selma", która poza nominacją w głownej kategorii załapała się tylko do walki o najlepszą piosenkę. Ale cóż! W przypadku filmu Avy Duvernay o takim a nie innym rozstrzygnięciu zadecydowały wyłącznie względy pozamerytoryczne (Konkretnie politycznie poprawna tematyka. "Selma" bowiem dotyczy Martina Luthera Kinga. Mam tylko nadzieję, iż nie skończy się tak, jak to miało miejsce w przypadku ubiegłorocznego "Zniewolonego") 

 

Ale wy pewnie zamiast czytać ogólno-oscarowe dywagacje, chcielibyście poznać  moją opinię na temat tej produkcji, której teoretycznie poświęcony jest niniejszy wpis oraz dowiedzieć o czym konkretnie jest "Foxcatcher"? No coż! Z miłą chęcią spełnię waszą prośbę.

 

 Najogólniej rzecz ujmując można powiedzieć tak: Trzeci pełnometrażowy film fabularny autorstwa Benneta Millera (poprzednimi, tak gwoli ścisłości, były: Capote, w którym oscarową dyspozycję zaprezentował nieodżałowany Phillip Seymour Hoffman, oraz Moneyball) prezentuje nam autentyczną historię zapasnika Marca Schulza (z zaskakująco dobrym skutkiem wciela się w niego Channing Tatum, którego na podstawie jego dotychczasowych osiągnięć (do których zalicza się m.in. występ w "Step Up") nigdy nie podejrzewałbym o posiadanie choćby grama talentu. A jednak...), który najmłodszych lat stale żyje w cieniu starszego i odnoszącego nieporównywalnie większe sukcesy brata Dave'a (świetny jak zawsze Marc Ruffalo). Pewnego dnia Marc dostaje zaproszenie na spotkanie od ekscentrycznego multimilionera Johna du Ponta (znakomity Steve Carrell, który tym występem zabił mi ćwieka w kwestii tego, komu powinienem kibicować podczas ceremonii rozdania Oscarów (Trudno mi bowiem jednoznacznie zawyrokować kto zagrał lepiej on czy Michael Keaton) i już chyba definitywnie zerwał z wizerunkiem aktora stricte komediowego), który na terenie swojej posiadłości ośrodek szkoleniowy dla zapaśników. To z pozoru niewinne spotkanie prowadzi do  tragicznych konsekwencji.

 

A co do mojej opinii, to ujmę ją tak: Jestem zadowolony i bez wątpienia będę musiał sięgnąć w przyszłości po inne dzieła sygnowane nazwiskiem Bennetta Millera. Dowiódł on bowiem niezbicie, iż jest naprawdę utalentowanym filmowcem. Iż  umie opowiadać wciągającą historię, wie jak prowadzić aktorów i zna się na powolnym budowaniu subtelnego i stonowanego nastroju podskórnego zagrożenia w stylu przypominającym genialnego "Zodiaca" , zamiast od pierwszej sekundy i od pierwszego ujęcia fundować widzowi terapię szokową potężną dawką silnych emocji (Jak robi to np. omawiany tu nie tak dawno "Whiplash").

 

Dostaliśmy zatem dzieło wzorcowo zrealizowane od strony technicznej  (Warto w tym miejscu podkreślić zdjęcia autorstwa Grega Frasera (Mającego na swoim koncie pracę przy takich produkcjach jak m.in. "Wróg Numer Jeden" czy "Pozwól mi wejść") i muzykę Roba Simonsena (m.in. "Przyjaciel do końca świata" czy "500 dni miłości") wywołujące autentyczne emocje, posiadające wielowymiarowych bohaterów, zaskakujące (szczególnie jeśli ktoś, tak jak np. ja,  przed seansem nie znał historii braci Schulz)  oraz trzymające w napięciu lepiej niż nie jeden thriller, choć same thrillerem nie będące. 

 

Podsumowując. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że seans "Foxcatchera" był dobrą decyzją, że go polecam i że pewnie jeszcze kiedyś do tego dzieła powrócę.  Ba!  Nie będę ukrywał, że jak na ten moment obok "Birdmana" jest on dla mnie poważnym kandydatem do tytułu najlepszego filmu bieżącego roku. 

 

OCENA: 9/10

 

P.S. Jakby to kogoś interesowało mój rekord tygodniowej ilości wyświetleń znów się zmienił i teraz wynosi 35437. Serdeczne dzięki 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci