Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Lost River" (2015)

bradesinarus

Niech Cthulhu będzie z wami!

image

Ujmując rzecz najkrócej jak to tylko jest możliwe można powiedzieć, że „Lost River” stanowi niezaprzeczalny dowód na to, iż współpraca z Nicholasem Winding Refnem przy okazji „Drive” i „Only God Forgives” musiała być dla Ryana Goslinga niezwykle inspirująca.

 

W przeciwnym razie bowiem trudno sobie wyobrazić dlaczego w swoim debiucie reżyserskim tak usilnie stara się wykreować atmosferę podobną do tej, którą cechowały się wyżej wymienione produkcje. I trzeba przyznać, że wychodzi mu to z zadziwiająco dobrym skutkiem.

 

Lost River” zatem jest filmem ciekawym, nastrojowym, intrygującym i urzekającym. Dziełem przyzwoicie zagranym (Wyróżniają się w tej kwestii (jak zwykle prześliczna) Saoirse Ronan, Ben Mendelsson oraz Matt Smith) oraz umiejętnie zrealizowanym (niejako przy okazji warto podkreślić kapitalną robotę jaką (notabene już po raz kolejny, wszak nie zapominajmy, że był on autorem fantastycznych zdjęć do „Spring Breakers” Harmony Korine'a i „Enter the Void” Gaspara Noe) wykonał utalentowany operator Benoit Debie).

 

Podsumowując. Nie będę ukrywał, że mi „Lost River” przypadł do gustu (pewnie dlatego, że, jak pewnie zdążyliście zauważyć, lubię takie nietuzinkowe produkcje).

 

Jednocześnie byłbym daleki od polecania tego obrazu komukolwiek. Zdaję sobie wszak sprawę, że jest to dzieło dość specyficzne i dla wielu osób, czego najlepszym dowodem jest recepcja tej produkcji na festiwalu w Cannes, jego seans może się okazać zbyt ciężkim wyzwaniem.

 

Że większość widzów tej produkcji nie „poczuje” i będzie narzekać na powolne tempo akcji oraz zarzucać reżyserowi przekombinowanie, pretensjonalność i próbę ukrycia płytkiej fabuły pod atrakcyjną oprawą wizualną. (Swoją drogą ci, którzy twierdzą, że „Lost River” jest filmem złym najwyraźniej nie oglądali koszmarnych „Skrzydeł” Krzysztofa Wojciechowskiego, w których najmniejszych choćby śladów logiki i porządnej gry aktorskiej nie zlokalizowałby nawet James Bond).

 

Stwierdzę więc tak: Jeśli przypadły Ci do gustu takie filmy jak choćby „Only God Forgives”, „Mullholland Drive”, „Beyond the Black Rainbow” czy „Drzewo Życia” wówczas istnieje duże podobieństwo, że seans „Lost River” będziesz mógł uznać za udany. W przeciwnym razie lepiej omijaj go szerokim łukiem.

 

OCENA: 8/10  

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci