Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Samotność liczb pierwszych" (2010)

bradesinarus

samotnosc-liczb-pierwszych-b-iext3886876

Dowiedział się, że wśród liczb pierwszych niektóre są jeszcze bardziej szczególne. Matematycy nazywają je liczbami pierwszymi bliźniaczymi. Są to pary liczb pierwszych które ze sobą sąsiadują albo raczej prawie sąsiadują, bo między nimi stoi zawsze liczba parzysta, która nie pozwala im się stykać naprawdę. (…)


Mattia uważał, że Alice i on są takimi właśnie bliźniaczymi liczbami pierwszymi, samotnymi i zagubionymi, bliskimi sobie, ale nie na tyle, by naprawdę się zetknąć”

 

Niech Cthulhu będzie z wami!

 

 

Powiem krótko. Po obejrzeniu „Samotności liczb pierwszych” czuję się zobligowany do niemal natychmiastowego sięgnięcia po książkowy pierwowzór autorstwa Paolo Giordano.

 

Nie dlatego jednak bym, jak to miało miejsce choćby w przypadku omawianego tu kilka dni temu „Systemu”, miał wrażenie, że potencjał tkwiący w zaprezentowanej nam historii został ledwie liźnięty. Wręcz przeciwnie! Tym razem mam poczucie niedosytu i chciałbym móc kolejny raz zanurzyć się w tej opowieści.

 

Nie będę wszak ukrywał, że „Samotność liczb pierwszych” mnie oczarowała i całkowicie usatysfakcjonowała a biorąc pod uwagę tendencję, że każda ekranizacja jest bladym odbiciem oryginału, to ośmielę się nawet zaryzykować stwierdzenie, że tu możemy mieć do czynienia z prawdziwym literackim arcydziełem.

 

Nie wiem. Może to kwestia tego, iż dzieło Savero Constanzo wpisało się w mój aktualnie fataliny stan ducha i ogólnie pesymistyczny kierunek refleksji i moim miejscem w tymże.

 

A może po prostu ta piękna, zmuszająca do myślenia i w gruncie rzeczy smutna historia posiada wszystkie (No dobrze! Prawie wszystkie. Nie ma tu wszak frenetycznego montażu :) ) elementy, jakimi w mojej ocenie powinien charakteryzować się bardzo dobry tytuł.

 

Mam tu na myśli interesujących bohaterów, z którymi można się identyfikować, kapitalnie wykreowany nastrój, lekka nutka odrealnienia, idealnie dobrana muzyka, niedopowiedziane zakończenie, świetne kreacje aktorskie i naprawdę ciekawa, subtelnie opowiedziana historia, która pozostaje w głowie po seansie.

 

Zatem jeśli komuś, tak jak mnie, podobały się takie produkcje jak „Dziewczyna z szafy” czy „Ostatnia Miłość na Ziemi” lub też ma dość cukierkowych, banalnych i przewidywalnych opowieści o miłości to istnieje spora szansa, że „Samotność liczb pierwszych” przypadnie mu do gustu.

 

OCENA: 9/10 

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci