Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Smutek jest tym większy, gdy nie można wspominać radości

bradesinarus

poster-200

Niech Cthulhu będzie z wami!

 

Przyznaję, że pierwotnie miałem zamiar przejść się na ten film do kina kiedy był wyświetlany w naszym polskich kin ale ostatecznie odpuściłem. I jeśli mam być w stu procentach szczery nie do końca wiem dlaczego?

 

Przecież decydującym aspektem nie mogło być wyłącznie chłodne przyjęcia tego dzieła przez widzów i krytyków. To bowiem nigdy mi nie przeszkadzało, czego symbolem może być choćby fakt, że bardzo podobał mi się „Atlas Chmur” zaś kompletnie nie przypadła mi do gustu „Obecność”.

 

Można się bowiem było spodziewać, że ta produkcja nie każdemu się spodoba. Michael Winterbottom, nietuzinkowy brytyjski reżyser odpowiedzialny m.in. za „9 songs” oraz omawianego tu już jakiś czas temu „Tristrama Shandy” jest bowiem twórcą, który przejawia inklinacje artystyczne. Przedstawicielem „kina autorskiego”.

 

Nie można się zatem dziwić, że w jego rękach materiał dotyczycą dość głośnej sprawy Amandy Fox czyli, jak piszą na Filmwebie, „pięknej morderczyni, która stała się celebrytką znaną jako "Foxy Knoxy” nie będzie ograniczał się do bycia wyłącznie prostą, szablonową i banalną relacją z prawdziwej historii. Że będzie miał ambicje być czymś więcej niż tylko typowym dziełem „opartym na faktach”.

 

Czyniąc bohaterem Thomasa (przyzwoity Daniel Bruhl), reżysera wynajętego do zrealizowania opartego na prawdziwych wydarzeniach thrillera Winterbottom, (notabene analogicznie jak uczynił to we wspomnianym tu już „Tristramie Shandy”) wspina się zatem na poziom metafikcji i przedstawia nam, jak to ładnie ujęto w jednej z przeczytanych przeze mnie recenzji „portret artysty w czasie kryzysu twórczego” co od razu przywołuje skojarzenia z genialnym „Osiem i pół” Federico Felliniego, „Synkdochą Nowy Jork” Charliego Kaufmana, „Basenem” Francoisa Ozona czy zeszłorocznym „Birdmanem” Alejandro Gonzaleza Inarritu.

 

I choć „Twarz Anioła” pod praktycznie każdym względem znacznie ustępuje wyżej wspomnianym produkcjom (Mimo niezłego nastroju (w którego budowaniu duża zasługa muzyki Harry'ego Escotta) nie jest bowiem specjalnie angażująca (przeciwnie zdarza jej się momentami przynudzać) ani nie robi finalnie jakiegoś wielkiego wrażenia) to jednak ogólnie rzecz biorąc należy ją uznać za udane przedsięwzięcie.

 

Głównym czynnikiem uprawniającym do takiego stwierdzenia jest w mojej opinii hipnotyzująca, fascynująca i intrygująca Cara Delevingne. Myślę, że warto będzie zwrócić uwagę na kolejne projekty z jej udziałem (a trzeba powiedzieć, że wystąpi w kilku obiecujących tytułach takich jak „Suicide Squad” czy „Tulip Fever”), ponieważ udowodniła, że ładna dziewczyna (było nie było modelka) może także być dobrą aktorką.

 

Delevingne kradnie każdą sekundę ekranowego czasu i bez najmniejszego problemu przyćmiła bardziej doświadczoną (acz trzeba powiedzieć, że w tym konkretnym filmie dość bezbarwną) Kate Beckinsale.

 

Podsumowując. Jeśli szukacie wiernego przedstawienia realiów to radzę abyście sięgneli po jakiś poświęcony tej sprawie dokument. Jeśli natomiast chcecie filmu nietuzinkowego zadającego pytania o manipulację i różnego rodzaju korelacje pomiędzy sztuką a rzeczywistością to „Twarz Anioła” powinna przypaść wam do gustu.

 

OCENA: 7,5/10

 

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci