Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

"Terminator Genisys" (2015)

bradesinarus

terminator_genisys_poster3

Niech Cthulhu  będzie z wami! 

Zacznę może od tego, że nigdy nie należałem do grona zagorzałych fanów zapoczątkowanej przez Jamesa Camerona w 1984 roku serii o obdarzonych fizjonomią Arnolda Schwarzeneggera robotach wysłanych z przyszłości, by zabić Sarę Connor (Swoją drogą dopiero teraz zwróciłem uwagę na identyczne inicjały wybawiciela świata Johna Connora i, wspomnianego tu już, Camerona. Symbolizm czy wyraz wysokiego ego reżysera?). To znaczy obejrzałem pierwsze trzy części z powstałej do tej pory tetralogii (tak na marginesie dodam, że pierwsza część podobała mi się zdecydowanie najbardziej, ponieważ miała taki surowy urok i feeling rasowego horroru. Potem mieliśmy do czynienia wyłącznie z festiwalem efektowności) ale nie traktowałem ich jak jakiejś księgi prawd objawionych.

Dlatego też nie może chyba nikogo dziwić, iż moja poprzeczka oczekiwań względem tegorocznej odsłony tego  cyklu nie była zawieszona jakoś specjalnie wysoko. Chciałem po prostu doświadczyć solidnej, bezpretensjonalnej rozrywki w stylu „Avengers Age of Ultron” bądź „Mad Max Fury Road”.  Ponadto zwiastuny wyglądały obiecująco (czyli ex post fatum można stwierdzić, że mieliśmy tu klasyczny przykład sytuacji, w której trailer jest o niebo lepszy niż promowany przez niego film), a sam koncept był, moim zdaniem interesujący. W końcu to, jak w ładny sposób można wykorzystać podróże w czasie do naprawienia błędów poprzedników i zresetowania serii pokazało w ubiegłym roku bardzo udane „X-men DOFP”. Wystarczyło tylko skopiować rozwiązania, które zastosował Bryan Singer. Poza tym nie mam w zwyczaju skreślać jakiejś produkcji przed jej obejrzeniem i wyrobieniem sobie własnej opinii na jej temat.  Niestety „Terminator Genisys” bardzo mnie rozczarował.

Co by bowiem nie mówić o Jamesie Cameronie (za którym ja osobiście nie przepadam, ponieważ sprawia wrażenie zadufanego w sobie bubka), to jednak nie można zaprzeczyć, że posiada nosa do aktorów i potrafi oczarować widza swoją wizją.

Reżyser tej produkcji Alan Taylor Cameronem nie jest, więc nic dziwnego, że rezultatem jego starań jest maksymalnie sztampowe i kompletnie nie porywające kino akcji, w którym trudno znaleźć jakiekolwiek pozytywy (Na upartego mógłbym wskazać jedynie kilka zgrabnych onelinerów oraz solidne kreacje aktorskie jakie stworzyli Jason Clarke, J. K. Simmons i Arnold Schwarzenegger), które nie zapada w pamięć, nie angażuje (efekty specjalne nie porażają (a wręcz można powiedzieć, że są żenujące),  natomiast muzyka czy zdjęcia zdają się kompletnie nie istnieć)  i nie trzyma w napięciu (tu muszę dodać, że całkowicie zgadzam się z zasłyszanymi opiniami, iż marketingowców tej produkcji powinno się rozstrzelać za zdradzenie w kampanii promocyjnej (w trailerach i na plakatach)  największego twistu filmu).

Dodatkowo nie pomaga fakt, że do głównych ról wzięto chyba najmniej utalentowanych aktorów na planecie czyli gwiazdę „Gry o Tron” Emilię Clarke i Jaya Courtney, którego popularności nigdy nie zrozumiem. Czy naprawdę nie dało się znaleźć nikogo lepszego? Przecież ta dwójka to kompletne nieporozumienie.

Nie tylko nie są oni żadnym zastępstwem dla Michaela Biehna i Lindy Hamilton z oryginału, ale w dodatku nie ma w nich ani krztyny charyzmy a wszelka chemia jaka miała ich łączyć. W rezultacie  stanowią chyba najgorszy i najmniej dopasowany ekranowy duet jaki widziałem w ostatnim czasie.

Podsumowując. „Terminator Genisys” to wyłącznie skok na kasę i pożałowania godne żerowanie na marce, co do której wielu kino maniaków żywić sympatię. Film bez duszy i przykład na koncertowe zmarnowanie potencjału (Czego najlepszym dowodem jest to, co zrobiono z postacią graną przez Matta Smitha). Dlatego też najlepiej trzymać się od niego z daleka. Szkoda czasu na oglądanie takiego badziewia.

 

OCENA: 3/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci