Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Dlaczego nie należy odbierać wiadomości od zmarłych?

bradesinarus

Unfriended_Poster

 

Niech Cthulhu będzie z wami!

 

Po wczorajszym „skoku w bok” dziś wracamy do korzeni. Otóż bowiem wczoraj obejrzałem „Unfriended” czyli anglojęzyczny debiut Leo Gabriadze i muszę powiedzieć, że ten film pozytywnie mnie zaskoczył.

 

Przed seansem, mając bowiem w pamięci jak beznadziejną produkcją okazał się oparty na podobnym pomyśle „The Den” i zapoznawszy się z bardzo negatywnymi opiniami, jakie temu dziełu wystawili Brad Jones i Phelan Porteus, czyli ludzie, których opiniom z reguły ufam, spodziewałem się, że dostanę jakiegoś koszmarka, które mnie raczej śmiertelnie znudzi niż wystraszy. Dodatkowo ten rok poza nielicznymi wyjątkami takimi jak świetne „It Follows” czy podobno bardzo dobre „O dziewczynie, która wracała nocą sama do domu” nie obfituje przecież w jakieś szczególnie udane horrory.

 

Tymczasem, tak jak już zasygnalizowałem „Unfriended” okazało się zaskakująco zjadliwe i muszę powiedzieć, że nawet mi się spodobał.

 

Jasne! Nie jest to film zbyt wysokich lotów. Taki, do którego będę zbyt często wracał (o ile kiedykolwiek odważę się na ponowny seans ponieważ nie ma tu nic, co, choćby czysto hipotetycznie, mogło mnie do tego skłonić) i który koniecznie muszę mieć w swojej osobistej kolekcji.

 

Uważam bowiem, że nowatorski (acz jeśli miałbym być aptekarsko dokładny musiałbym przyznać, że coś podobnego wcześniej, acz może nie na taką skalę próbowano zrobić. Mam tu na myśli wspomniany już wcześniej „The Den” czy świetne „Open Windows” Nacho Vigalondo) koncept z wykorzystaniem komunikatorów internetowych jako wyłącznego środka artystycznego wyrazu nie do końca zdał egzamin. Dodatkowo przyznam, że klimat i nastrój mnie nieszczególnie porwały a orginalność opowiedzianej historii, którą można określić jako „zemsta zza grobu, jest, w najlepszym razie, dyskusyjna i, tak na szybko, kojarzy mi się choćby z „Koszmarem minionego lata”, „Candymanem” czy beznadziejną „Tamarą”.

 

Z drugiej jednak strony przyznam, że „Unfriended” ma również kilka niewątpliwych plusów. Całość zdecydowanie nie nudzi, występujące tu aktorki są całkiem ładne, fabuła mnie zaciekawiła (acz rozwiązanie zagadki tożsamości prześladowcy jest w mojej opinii nieco zbyt oczywiste i odrobinę rozczarowujące. Moim zdaniem acz się prosiło o to, aby widza potrzymać w niepewności, albo zaskoczyć finalnym twistem), wyczułem tam jakieś zalążki klimatu i niepokoju a aktorzy spisali się całkiem nieźle i choć może nie wzbudzili mojej specjalnej sympatii, to jednak również mnie nie zirytowali do tego stopnia, bym życzył im szybkiej i maksymalnie bolesnej śmierci ( co, tak na marginesie, stanowi miłą odmianę względem tych wszystkich horrorów, których bohaterami są amerykańscy nastolatkowie o IQ ameby i dzieło Leo Gabriadze od wspomnianego tu już wielokrotnie „The Den” gdzie Melanie Papalia zagrała tak źle, że jej dyspozycja powinna być pokazywana w szkołach aktorskich jako materiał obrazujący wszystko to, czego przyszli absolwenci powinni unikać).

 

Dlatego też uważam, że seans „Unfriended” to nie tylko film, po który warto sięgnąć z ciekawości (albowiem, jak już wspomniałem, jest on jedną z nielicznych produkcji w takim stopniu wykorzystującą internet) ale przede wszystkim zapewnia on udany wieczór przed ekranem. Nie należy tylko spodziewać się bóg wie czego.

 

OCENA: 6/10

 

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci