Menu

Kinematografia okiem Bagiennika

Moje refleksje, i opinie na temat szeroko pojętego kina

Moje krótkie wrażenia po obejrzeniu serialu "Stranger Things"

bradesinarus

 

Opis fabuły: . W spokojnej, podmiejskiej dzielnicy ginie chłopiec. Przyjaciele, rodzina i policja zaczynają poszukiwania, jednak zaginięcie chłopca okazuje się być początkiem złożonej historii, której meandry są coraz bardziej zawiłe.

Zacznę może od oczywistości. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku omawianego nie tak dawno serialu "Mr Robot", "Stranger Things" dość nieoczekiwanie stało się największym popkulturowym fenomenem ostatnich lat. Praktycznie wszyscy wokół o nim mówią zachwycając się kunsztem braci Duffer i chwaląc praktycznie każdy element tej produkcji.

Dlatego też mimo, że nie lubię ulegać "owczemu pędowi" a także, jak pewnie zdążyliście zauważyć,  niespecjalnie przepadam za serialami uznałem, iż warto na ten tytuł "rzucić okiem" i przekonać się czy faktycznie entuzjaści wypowiadający się o tym serialu w samych superlatywach mają rację czy też może mamy tu do czynienia arcydziełem marketingu i przehypowanym humbugiem.

I wiecie co? Po seansie muszę powiedzieć, że bliżej mi do pierwszej z wyżej wymienionych opcji. Bo choć opowiadana historia nie jest specjalnie oryginalna (przeciwnie! Można powiedzieć, że jest schematyczna i opiera się na wyświechtanych kliszach, które widzieliśmy już dziesięć tysięcy razy. Przykładowo z motywem dziecka obdarzonego niezwykłymi mocami, na którym chce przeprowadzać eksperymenty mieliśmy do czynienia w świetnym  tegorocznym "Midnight Special". Różnica polegała wyłącznie na tym, iż w przypadku dzieła Jeffa Nicholsa odpowiedzialność spoczywała na sekcie a tu winien jest rząd USA) jednak dzięki znakomitej realizacji, kapitalnie wykreowanemu klimatowi, aurze tajemnicy,  umiejętnym bazowaniu na sentymencie widzów za latami osiemdziesiątymi i "kinem nowej przygody" (ktoś kiedyś trafnie powiedział, że mamy tu do czynienia z bardziej udaną wersją "Super 8" J.J. Abramsa), przyzwoitej grze aktorskiej (wyróżnia się zwłaszcza Millie Bobbie Brown) oraz interesujących bohaterów całość wciąga do tego stopnia, że nie można oderwać się od ekranu aż nie obejrzy się wszystkich odcinków i nie pozna zakończenia. Na szczęście nie ma ich tak znów wiele, więc jest to fizycznie wykonalne nawet "za jednym posiedzeniem"

Podsumowując. Mimo faktu, że wspomniany wcześniej "Mr Robot" podobał mi się bardziej, jednak jeśli jeszcze nie widzieliście "Stranger Things" to gorąco zachęcam do tego, by nadrobić zaległości. Naprawdę warto!

OCENA: 8/10

© Kinematografia okiem Bagiennika
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci